Serednie Małe
Opracowała
Karolina Smoleńska
HISTORIA
WSI SEREDNIE MAŁE
Wieś lokowano na prawie wołoskim przed 1580
r. w dobrach Kmitów. Serednie po ukraińsku
znaczy "Średnie", a dodatek "Małe" wziął się
stąd, że istniała już wieś o nazwie Serednie (w
okolicach Komańczy). Pod koniec XVIII wieku
właścicielami wsi byli drobni szlachcice
zagrodowi z rodzin Stupnickich, Wiszniewskich i Laskowskich.
Po pierwszym rozbiorze Polski w 1772 r. Serednie
Małe dostało się pod zabór austriacki. W
kolejnych, sporządzanych przez zaborców,
wykazach zaścianków szlacheckich cyrkułu
sanockiego wymieniono ówczesnych właścicieli
wsi: w 1780 r. - A. Stupnicki i M. Wiszniewska;
1785 r. - M. Wiszniewska, I. A. Stupniccy; 1787
r. - M. Wiszniewska i Laskowski. W 1816 r. we
wsi mieszkało 171 mieszkańców, w tym 23 mężów
szlacheckich, a w 1824 r. spisano 189 osób w tym
19 szlachciców.
Pod koniec XIX wieku tutejszy majątek był
wspólną własnością ośmiu rodzin. Według
wydanego w 1889 roku "Słownika Geograficznego
Królestwa Polskiego i innych krajów
słowiańskich" w Serednim Małym było 26 domów (w
tym 9 na tzw. obszarze dworskim). Wieś
zamieszkiwało 177 osób, w tym 88
grekokatolików, 52 osoby wyznania
rzymskokatolickiego i 37 Żydów. Wieś
rozciągała się od 562 do 822 m n.p.m. -
wysoko pod zalesiony grzbiet Otrytu.
Po parcelacji ziemię wykupili dawni
współwłaściciele. W 1921 r. Serednie
Małe liczyło już 36 domów oraz 240
mieszkańców (w tym 144 Rusinów –
grekokatolików, 89 osób wyznania
rzymskokatolickiego i 7 osób wyznania mojżeszowego). Wieś należała
do parafii Polana, gdzie do dziś stoi dawna
cerkiew, obecnie zamieniona na kościół
rzymskokatolicki.
Jeszcze w okresie międzywojennym
zamieszkiwała Serednie Małe szlachta zagrodowa, około
dziesięciu rodzin o nazwiskach m.in.: Wiśniowscy,
Jastrzębscy, Kowalscy, Michalscy. We wrześniu 1939 r.
Serednie Małe dostało się pod okupację ZSRR, a od 1941
roku Niemcy włączyli je do terytorium Generalnej
Guberni.
W 1944 roku oddziały bandy Ukraińskiej Powstańczej
Armii (UPA) wymordowały znaczną cześć pozostałej
we wsi ludności polskiej. Po wojnie od 1945 roku
wieś znalazła się w nowych granicach
ZSRR. Pozostali przy życiu Polacy w większości
wyjechali na ziemie zachodnie – w rejon
Legnicy, Chojnic Śląskich i Zgorzelca. Niektórzy
trafili nawet do Australii. Ponieważ nowa granica
ZSRR przebiegała na rzece San – w odległości
kilkuset metrów od górnych zagród grzbietem Otrytu
biegł zaorany pas graniczny. W górnej części wsi
Rosjanie zbudowali strażnicę graniczną, zwaną
przez miejscowych Rusinów zastawą. W 1951 roku
Serednie Małe w wyniku korekty granic znów
przyłączono do Polski. Rosjanie tuż przed
przekazaniem ziem Polsce przymusowo wysiedlili
miejscowych Rusinów na Ukrainę do kołchozu
nad Morze Czarne. Część z nich za rządów Chruszczowa przyznała się do pochodzenia polskiego i
wróciła do Polski. Osiedlili się na
Rzeszowszczyźnie. Serednie Małe było już wówczas
rozszabrowaną ruiną. Przedwojenni mieszkańcy też
nigdy już do wsi nie wrócili, a domostw nie
odbudowano.
Aż się ciśnie na usta popularna niegdyś
“Ballada o
świętym Mikołaju”.
BALLADA O ŚWIĘTYM MIKOŁAJU
sł. muz. Andrzej Wierzbicki
Rozwiesiłem na drzazgi gontów
Ech ślepcze - nauczę swoje dziecko
gdzie
się pasły konie.
A tak w 1973 roku Roman Izbicki pisał w
miesięczniku "Poznaj Swój
Kraj" (4/73) w swoim
bloku artykułów
"Bieszczady - kraina prawie egzotyczna"
o grasujących w Serednim Małym niedźwiedziach.
"Na
styku Pogórza Karpackiego i Bieszczadów, kędy
wartko spływa potok Głuchy, kędy serpentynami
wiedzie nowa doga od Czarnej, przez Polanę,
Bukowiec, Wołkowyję, do połączenia z tzw.
obwodnicą, gdzie na ogół po ludnych ongiś wioskach
pozostały zdziczałe sady i rozmaitym chwastem
zarosłe pola – tam od niedawna terror sprawowały
dwa zwyrodniałe niedźwiedzie.
Zwyrodniałe, albowiem
„działające” wbrew ustalonej na świecie wiedzy o
zwyczajach niedźwiedzi. Profesor Szafer stwierdził
swego czasu, iż niedźwiedź stać się może
krwiożerczy jedynie w okresie kilku miesięcy
wiosennych, kiedy jest wygłodniały po zimowej
drzemce, a runa leśnego, czym przeważnie się
odżywia, jeszcze nie ma.
Tymczasem
nasze niedźwiedzie bieszczadzkie i pogórzańskie
zaczynają krwawy rozbój – na przekór nauce –
właśnie u schyłku lata i jesieni. zabijają w ciągu
roku przeciętnie piętnaście sztuk bydła domowego.
Szczególnie
sterroryzowana była wieś Polana, tam bowiem od
łapy niedźwiedzi zginęło kilkadziesiąt jałówek,
krów i byków. Zrazu czynił on to ukradkiem, nocą,
z dala od siedzib ludzkich, potem coraz śmielej
zapędzał się aż do zabudowań, ostatniego zaś
rozboju dokonał w obecności ludzi.
Oto pewnego
dnia pod wieczór w połowie września 1970 roku na
bitej drodze koło Smolnika nad Sanem niedźwiedź
zabił krowę i nie ustępował gromadzie ludzkiej,
która starała się drągami, kamieniami i krzykiem
odpędzić zbója Uszedł dopiero przed samochodem
ciężarowym i ostrymi światłami jego reflektorów.
We wsi Polana
osiadł przed paru laty przybysz z Poznańskiego z
czterema na schwał synami. Kupili 8 ha gruntu,
wydzierżawili na miejscu nie istniejącej już wsi
Serednie rozległe pastwiska, pobudowali tam
krytą zagrodę dla bydła wypasowego, wiosną kupili
kilkadziesiąt cielaków.
Ale oto
pierwsze uderzenie. W pogodny dzień sierpniowy
1970 r., po południu, pomiędzy pasące się na
zboczu bydło wpada z olszynowych zarośli ogromny
niedźwiedź, uderzeniem łapy w kręgosłup zwala byka
wagi prawie pół tony, niemal w biegu rozrywa go i
ściąga w gęstwinę leśną nad potokiem.
Najmłodszy z
Jezierskich, bo tak się zwą owi przybysze,
zapędził struchlałe bydlęta do zagrody pod dachem,
zamknął je i co sił popędził do odległej o 2 km
siedziby rodzinnej. Kiedy niebawem zjechali całą
siłą, z byka została ledwie połowa. Strata co
najmniej 10 000 zł.
Mijają dwa
tygodnie. Jest piątek 20 sierpnia. Dzień pogodny,
godzina 16. Dwóch braci pilnuje stada. Dwa psy:
owczarek i wilczur u nogi. I nagle z gęstej
olszyny wypada olbrzymi morderca. Uderzeniem łapy
powala byczka. Reszta bydła instynktownie ustawia
się rogami do dzikiego zwierza. Psy zjeżyły
sierść, lecz struchlałe nie ruszyły z miejsca.
Od
spłoszonego stada odbija byk okazały, jak tamten
sprzed dwóch tygodni, kryje się gdzieś w gąszczu
nad potokiem. Bracia podnoszą wrzask, biegną z
kijami w dłoni ku zbójowi, ten zaś, widać to i
słychać, zły, bo warczy i porykuje, a nadto
gwałtownymi ruchami łamie gałęzie po drodze.
Niezbyt spiesznie uchodzi jednak między stare
śliwy, które już poprzednio obżarł z owocu do
szczętu, a potem w gęsty las bukowy.
Bracia
szukają jakiś czas byka, który odbił się ze
strachu od stada, ale go nie znajdują. Zabierają
bydło do obory w Polanie. Ciężko zraniony byczek
(250 kg) powlókł się jeszcze na własnych nogach,
ale niebawem padł – łopatkę miał zgruchotaną.
Wrócili
szukać byka. Jednak ani tego wieczoru, ani dnia
następnego nie znaleźli. Dopiero na trzeci dzień.
Leżał w potoku, podobnie jak pierwsza ofiara,
zżarty do połowy.
Strata
Jezierskich w ciągu owych dwóch tygodni sierpnia
wyniosła 25 000 złotych.[1])
Nad razem
trzeciego września inny niedźwiedź 9ten sam
jednakże, który po zabiciu krowy w Smolniku w ub.
Roku ustąpił z pobojowiska dopiero przed
reflektorami samochodu) zabił w Lutowiskach
uwiązanego na łańcuchu konia chłopskiego,
następnego zaś dnia, znowu w Smolniku –jałówkę ze
stada PGR.
Skończyły się
wreszcie ich zbójeckie wypady. Po kolei wytropili
je leśnicy, skusili podrzuconą w odpowiednie
miejsca padliną. Przynętę przywiązali łańcuchami
do pnia buka. Niedźwiedź podszedł, czuł jednak
pismo nosem, bo gdy urwał połeć koniny, umknął w
głąb lasu. Łakomstwo go zgubiło. Kiedy bowiem
wrócił po resztę i długo mocował się z łańcuchami
– z ukrytej „ambony’ padł strzał. Inżynier
Władysław Pepera, słynny w Bieszczadach „wilczarz”,
to znaczy mający na sumieniu najwięcej ubitych
wilków – otrzymał zezwolenie ministra leśnictwa na
zlikwidowanie zbójów. Jeden zginął późnym
wieczorem, drugi innego dnia nad ranem. Od tego
czasu spokój nastał na Pogórzu Karpackim, a więc
po północnej stronie Otrytu."
[1] ) Wprawdzie
otrzymuje się pewne odszkodowanie, ale kłopotu
z tym i straty wiele mimo wszystko.
ATRAKCJE TURYSTYCZNE
Serednie Małe to wyjątkowa stadnina koni
huculskich, położona w sercu Bieszczadów, na
północnych zboczach pasma Otrytu, jednego z
najpiękniejszych i najdzikszych pasm
bieszczadzkich. Znajduje się około cztery
kilometry od Zalewu Solińskiego, na miejscu
nieistniejącej od pół wieku
polsko-rusińskiej wsi.
Konie (ok. 35 sztuk) są hodowane na wolności. Żyją
cały rok w tabunie na rozległych naturalnych
pastwiskach. Hucuły to nieduże wytrzymałe konie,
na grzbietach których początkujący jeźdźcy oraz
dzieci czują się bezpiecznie. Konie huculskie
pochodzą od tarpanów i koni arabskich,
prawdopodobnie z domieszką krwi koni tatarskich.
Bliski kontakt z koniem zapewnia jazda na oklep,
czyli bez siodła.
Hucuły bardzo łatwo nawiązują przyjaźń z ludźmi i silnie
przywiązują się do opiekunów. Są po prostu
idealne do uprawiania konnej turystyki górskiej.
Specjalną atrakcją są jazdy konne w
terenie w obrębie Parku Krajobrazowego Doliny
Sanu. Przy odrobinie szczęścia można z końskiego
grzbietu ujrzeć dzika, jelenia a nawet żubra. Serednie Małe stanowi dobry punkt wypadowy do
zwiedzania Bieszczadów. Połoniny, dzikie doliny
rzek, zaciszne zatoki Zalewu Solińskiego,
porzucone bojkowskie wioski z ruinami cerkwi,
oraz jesienne bukowiny, oglądane z grzbietu
hucuła są jeszcze piękniejsze.