Raport z operacji "Bieszczady '98"
succesfully completed by mike&Bouli

tekst: Michał Moraszczyk

Sobota, 5.09.98
Noc w pociągu męcząca. Jakiś rezerwista puścił pawia na korytarzu. Miejsce w przedziale mieliśmy od Starachowic (+/-). Jechaliśmy z całkiem sympatyczną parką z Łowicza. W Zagórzu graliśmy prawie cały czas w karciochy (kibel na stacji PKP do dupy). W Komańczy jest bardzo sympatyczny ksiądz (poczęstował nas zupą i stwierdził, iż kieruje się maksymą „Ode mnie nikt nie może wyjść głodny”). W drodze do Duszatyna, zaraz za Prełukami znakomite ruskie pierogi (za 3 zł). Dodatkowa atrakcja – trzy przezabawne koty (jeden ze ślicznymi oczami, drugi – malutki – to niesamowity sęp. Żeby dostać się do pierogów, wyprawiał nieprawdopodobne sztuki. Największe wrażenie wywarła chyba stójka na tylnych łapach). Wcześniej minęliśmy całkiem ładną panienkę (oczywiście brunetkę, szkoda tylko, że na oko piętnasto-szesnastoletnią i z rodzicami...). na wysokości Łokcia przepiękny widok: zakole strumienia, jakby zalesiona wyspa, i nad strumieniem mostek kolejki wąskotorowej. Excellent! Teraz jesteśmy na polu bibakowym i robimy kolację, a potem idziemy spać, bo jutro zarąbiście ciężki dzień... 

Niedziela, 6.09.98
Pobudka o 700 (co za nieludzka pora). Droga na Chryszczatą (zresztą dalej też) stroma jak kurwa mać: raz w górę, raz w dół i tak bez końca. Spotkaliśmy fajnych ludzi: z Warszawy (miss Dark Mary ze wsi Ursynów i jej oblubieniec Krzysztof z metalowej pruszkowskiej mafii) i z Legnicy. Nić porozumienia została zawiązana poprzez wspólne gaszenie ogniska w ścisłym rezerwacie. Teraz z Mary siedzimy w knajpie. W międzyczasie byliśmy na dobrych (wg Boulego zajebistych) plackach ziemniaczanych. W Cisnej mieszkamy u księdza (ok choć nieco nieufny).
PS. Ta knajpa nazywa się „Siekierezada”. Wystrój jest świetny: na ścianach wiszą i pod ścianami stoją diabły, gołe kobity i inne sympatyczne twarze.

Czas spojrzeć na mapę (fot. Bouli)

Poniedziałek, 7.09.98
A my, naiwni, klęliśmy na wczorajszą trasę... Dzisiejsze podejście pod Falową dało tak w dupsko, że myśleliśmy, iż wyplujemy płuca. Nie było czym oddychać, taka była wilgotność. Na Falowej weszliśmy w chmurę. Wcześniej szukaliśmy chyba z pół godziny skrętu na szlak, bo pan (albo pani), który znakował szlak, bardzo inteligentnie zamaskował ów skręt. Cała grań jest całkiem ładna: wąska, ze stromo opadającymi lasami bukowymi. Później bukowy las przeszedł w bór świerkowo-bukowy, a potem w dżunglę a-la wojna wietnamska. Szukając tego skrętu spotkaliśmy trzech chłopaków z Lublina. Rozegraliśmy roberka, a następnie partyjkę (niedokończoną) w 3-5-8 (zapisy gier w innym miejscu 1). W schronisku na Jaworcu całkiem miła obsługa: ugotowaliśmy sobie na tutejszym piecu obiad i w ogóle atmosfera budująca. Dodatkową atrakcją jest pies porywający wszystko, co się da: od masztów do namiotu po skarpetki. Dzisiejsza trasa nosi nazwę: WZLOTY I UPADKI BOULEGO (te drugie nastąpiły na, jak sam określił, „nutelli”).

Wtorek, 8.09.98
Dziś od rana piękna pogoda. Ze schroniska wyszliśmy kolo 1100, gdyż wcześniej nam się po prostu nie chciało (było tak sympatycznie). Tempo mieliśmy zabójcze. Do schroniska doszliśmy w 3h40 (planowaliśmy w 6h!). Pod schroniskiem (na Połoninie Wetlińskiej) spotkaliśmy naszych znajomych z pociągu (opis znajomych – patrz 5.09). W Berehach w ciągu 5-ciu lat nic się nie zmieniło: pole i sklepik 50m. dalej. Połonina jest koszmarna pod jednym względem: banda panów w dresikach i wycieczka szkolna. Nasi znajomi z Lublina (opis – patrz 7.09) przyszli 1,5h po nas.

Na Rawkach (fot. Michał)

Środa, 9.09.98
Dzisiaj pobiliśmy rekord opieprzania się. Wyszliśmy z Berehów o 1140, a potem jeszcze ze 2h siedzieliśmy w schronisku pod Małą Rawką. Z Wielkiej Rawki widok niezły, choć nie było idealnej widoczności. Do Ustrzyk przyszliśmy późno i srodze się rozczarowaliśmy. Nie dość, że nie ma już „Małpiarni”, to było smętnie i zimno. Złapaliśmy fajny (i co najważniejsze tani!) nocleg na stryszku u dziewczyny, która pracuje w budce BPN na parkingu na Przełęczy Wyżniańskiej. W schronisku pod Małą Rawką wypełniliśmy ankietę, w której jednogłośnie stwierdziliśmy, że Jaworzec the best, a reszta (zwłaszcza schroniska w Tatrach) sucks.

Czwartek, 10.09.98
No, to pożegnaliśmy się z połoninami. Pożegnanie nastąpiło w zaiste imponującym stylu: wywiało nas straszliwie. Pod Tarnicą spotkaliśmy Kingę Dąbrowską
2. Niestety, tego miejsca nie ominęła również wycieczka szkolna oraz cała chmara rodzinek, oraz babć i dziadków. Szlak przeludnił się dopiero od Bukowego Berda. Na połoninach cały czas obracało mi karimatę, natomiast Boulemu zwiało na Szerokim Wierchu kapelusz, dlatego całą resztę połonin przeszedł z „redhotką” na głowie. Pole biwakowe w Pszczelinach ro koszmarne zadupie. Dwa razy za drogie na standard, jaki reprezentuje.

Piątek, 11.09.98
Dzisiaj wyszliśmy później niż mogliśmy, gdyż chyba z ½h szukałem czapki po polu biwakowym (leżała pod plecakiem). Podejście też było niespecjalnie ciekawe, ale zrobiliśmy je szybciej niżby to wynikało z czasów podanych na trasie. Później szło się już dużo lepiej (do Dwernika). W Dwerniku na szczęście była poczta, z której mogłem zadzwonić (choć kobieta obsługująca klientów była niespecjalnie miła). Z Dwernika do „Chaty Socjologa” znów koszmarne podejście. Natomiast na miejscu trafiliśmy na niezłą imprezę (a konkretnie na wstęp do imprezy właściwej) z gandzią (to dla Boulego) koniaczkiem (nawet niezłym) i wódką (znów dla Boulego). Oprócz tego – brydżyk do północka.

Sobota, 12.09.98
Ostatni dzień naszej wędrówki – spacerek pasmem Otrytu. Doszliśmy do Polany – teraz najgorsze to wydostać się stąd. Jedyny PKS i to do Ustrzyk Dln. jest o 1525. Otryt jest rzeczywiście (jak głoszą opisy w różnych mapach, przewodnikach itp.) jednym z najdzikszych (jeśli nie najdzikszym) a przez to jednym z najpiękniejszych miejsc w Bieszczadach. W barze „U Żyda” w Polanie zjedliśmy całkiem smaczne pierogi. A rozbici jesteśmy koło kościoła (a ściślej rzecz biorąc koło pozostałości przykościelnego cmentarzyka). I plan z ostatniej chwili – śpimy pod chmurką. Plan jednakże się zdezaktualizował, bo usłyszawszy prognozę pogody, rozbiliśmy jednak kole 2200 namiot.


1- Reportaż był pisany oryginalnie w zeszycie i zapisy te są tamże...
2-
Nikt specjalnie sławny, po prostu nasza znajoma ;))

Zobacz też:
Pozostałe wyprawy

Bieszczady