tekst i zdjęcia: Henryk
Myśliwiec
Corocznie gdy jesień zaczyna zaglądać do
kalendarza to znak że to już czas na RAJD SIERŻANTÓW.
W grupie znajomych wśród tych co mają czas i chęć wybierany jest
kierunek Bieszczady (bardzo szeroko rozumiane). Na tych rajdach nie
mamy żadnych konkretnych planów aby dojść z skądś dokądś. Nie ma
żadnych wyczynów , jeśli jest górka przed nami to się na nią
wychodzi, a jeśli jest ładna dolinka to też dobrze.
Jedynie o co chodzi to urwać się z cywilizacji i wchłonąć klimaty
surowej przyrody.
Pobyć tam gdzie jest inne życie.
W tym roku na punkt startowy obrany został Pikuj.
Pakujemy się w samochody i gonimy w kierunku
granicy. Przejście graniczne w Krościenku nieopodal Ustrzyk Dolnych
służy głównie miejscowej ludności do zaopatrywania się po
ukraińskiej stronie w tanie paliwo i alkohole.
Stanęliśmy posłusznie na końcu kolejki samochodowej która wiła się w
kierunku budek z pogranicznikami. Już teraz widać że nie będzie to
szybki przeskok przez granice. Dochodzi 19-sta wieczorem a plan
zakładał dojazd do turbazy pod Pikujem.
Wolne tempo posuwania się kolejki rozwesela Rafał który 3 dni
wcześniej stanął na ślubnym kobiercu i na rajd przygotował się
zabierając buteleczki z kokardkami. Załoga była już wesoła gdy
stanęliśmy przed obliczem mundurowych. Polski pogranicznik wypytał
nas dokładnie gdzie jedziemy i po co? Turyści? Naprawdę???
W sumie trzy godziny oczekiwania na przejściu przestawiły nasze
zamierzenia.
Ale nic to - zaraz za granicą uzupełniamy płyny energetyczne (znaczy
się wódkę i paliwo) i gonimy dalej, do Pikuja jeszcze ponad 100
kilometrów.
Dochodziła północ (naszego czasu) gdy skręciliśmy do miasteczka
Turka z nadzieją że znajdziemy jakiś hotel lub tego typu bazę.
Pytamy o to przechodzących na ulicy ludzi.
-Nocleg? Nie ma problemu - przenocujecie u mnie w domu. -Ale nas
jest ośmiu! -Nie ma problemu - przenocujecie u mnie w domu -
słyszymy w odpowiedzi. -A gdzie ty mieszkasz? -Tut , niedaleko we
wsi. -A ile to kilometrów ?
Około 25 (względna teoria drogi!).
Pakujemy do samochodu naszego nowego znajomego i pędzimy po nocy
szukać bazy.
Po dotarciu na miejsce następuje ogólny wieczorek zapoznawczy
zakończony śpiewami "o zielonej Ukrainie" i ludowymi pieśniami
wyskakującymi z magnetofonu.
Przerywniki typu Daj Boh zdarow
stworzyły niepowtarzalny klimat.
Dochodziła 3-cia nad ranem . Czas kończyć pierwszy dzień.
Rano wypełzamy ze śpiworów porozkładanych na
podłodze zadając sobie nawzajem pytanie: który z nas zaprosiłby do
domu na nocleg spotkanych w nocy ośmiu Ukraińców?
Cóż to za kraj? Cóż to za ludzie?
Nasze filozoficzne pytania przerwał gospodarz wchodząc do pokoju. W
jednej ręce trzymał michę świeżutko ugotowanych ziemniaczków z
omastą (pycha), a w drugiej butelkę szampana! Częstujcie się - czym
chata bogata.

Wyruszamy. Przed nami Pikuj |
Przyznam się że jeszcze nigdy w życiu nie jadłem na śniadanie
ziemniaków z szampanem.
Po uściskach i serdecznym pożegnaniu jedziemy dalej do "TURBAZY" w
Biełasowiczach tj. przy głównej drodze karpackiej Stryj - Mukaczewo.
Tam gospodarz obiektu bez problemu pozwala zostawić samochody
uprzedzając lojalnie ze trzeba będzie zapłacić za ochronę (5 hrywien/dzień/samochód).
Kulbaczymy się i przez dziurę w płocie wychodzimy na drogę z której
widać szczyt Pikuja. W magazinie uzupełniamy zapasy i drogą przez
wieś lekko wznosimy się ku przeznaczeniu. Po drodze przyglądamy się
ciekawej architekturze domków podobnych do tych jakie spotkać można
na Wegrzech, ale nie dziwota przecież to Zakarpacie.
Przyglądamy się jak żyją ludzie i czym się różnią od nas.
Pikuj od strony połoniny |
|
Ostańce w barwach jesieni |
Droga po opuszczeniu zabudowań nabiera zdecydowanie ostrzejszego
podejścia.
A potem już tylko stromiej. Spokojnym tempem z licznymi
odpoczynkami dajemy się dogonić tuż przed szczytem szkolnej
wycieczce prowadzonej przez miejscowego nauczyciela. Nauczyciel ten
zaskoczył nas bardzo dobrą znajomością polskich gór, które złaził dość
dobrze i które mu nie podobały się ze względu na restrykcyjność
przepisów.
"U Was to nic nie wolno" powiedział przechylając szyjką płynu
zapoznawczego.
"Tu wszystko można" - skomentował.
Betonowy słup na Pikuju
Widok z Pikuja na połoninę Bukowską |
|
W oddali wyniosła Borżawa |
Szczyt Pikuja z betonowym pikujem. Dzięki przepięknej pogodzie
doznaliśmy szoku widoku. Od
południa przepaść o której pisał Pol Wincenty w dolinie których
porozkładały się wioski (Szczerbowiec, Bukowiec, Roztoka ) z
piętrzącą się w promieniach słońca Ostrą Horą. Na południowy wschód: Borżawa - wyniosła i dumna. Ale wzrok kierował się przede
wszystkim na zachód wypatrując na przedłużeniu pasma Pikuja
znajomych sylwetek Tarnicy i Rawki.
Szkolna wycieczka już dawno poszła a my wciąż zalegaliśmy w trawie
chcąc jak najwięcej zabrać tych widoków ze sobą. Czy te próby
rejestracji fotograficznej zatrzymają to wrażenie ? Może jeszcze
jedno zdjęcie i jeszcze jedno.
Czas ruszać. Ustaliliśmy kierunek. Spróbujemy dojść do polanki
między Ostrym Wierchem a Wielkim Wierchem. To wspaniałe miejsce z wypłaszczeniem, zaciszne i licznymi źródłami wody.
Wiatr na grani jest na tyle silny że trzeba założyć kurtki, a
odpoczynki organizować tylko na zawietrznej. Pogoda dalej piękna ale
słońce nieubłaganie chowa się za horyzontem. A do noclegu jeszcze
dobry kawałek drogi.
Rozbijamy namioty gdy noc ogarnia połoniny.
Cisza atakowana płonącym ogniskiem. Niesamowite.
Teraz patrząc w płonące ognisko na wysokości 1200m. n.p.m. obok
rozbitych namiotów można zanucić o tym jak: ...dla Hucuła nie ma życia jak na
połoninie ...

Wschód słońca nad połoniną
Chłodna noc |
|
Ruiny polskiego schroniska
W stronę Polski |
Noc.
Pojawiają się pierwsze myśli: jest chłodno. Naciągam kurtkę na
głowę z nadzieją że da to więcej ciepła. Przekręcam się łapiąc
resztki ciepła i snu ale odruch fizjologiczny narastającego pęcherza
mówi mi ze jednak trzeba wyjść na zewnątrz. Już po wystawieniu głowy
na zewnątrz zostaję olśniony pierwszym błyskiem wschodzącego słońca.
Zapominając o wszystkim sięgam błyskawicznie po sprzęt fotograficzny
mając świadomość niesamowicie ulotnej chwili - wschodu słońca na
połoninie - chcę złapać maksimum promieni ponad morzem mgieł
zalewających doliny rzek. Czy to blask nadziei ponad morzem potopu?
Poranna herbatka z kociołka smakuje wyjątkowo.
Przed dalszą drogą idziemy jeszcze obejrzeć znajdujące się obok
ruiny polskiego schroniska, a pierwszy raz o tym schronisku
dowiedziałem się dzięki forum.
Widok na Ostry Wierch |
Kulbaczymy się i mozolnie zaczynamy wspinać się na grań skąd odsłania
się widok na Ostrą Horę. Mamy plan dość na Ruski Put i tam
zadecydujemy dalej. Dzięki pięknej pogodzie z Ostrego Wierchu
otwiera się bliższy widok na pasmo Halicza i Tarnicy.
Przy krzyżu Ruskiej Ścieżki robimy odpoczynek. Pierwszy raz w czasie
wędrówki wyciągamy mapę, dziwne bo przecież nie ma żadnych
wymalowanych szlaków na ścieżce która miejscami wogóle
zanika. Jednak z orientacją nie było żadnych problemów. Ustalamy
większościowy kierunek dalszego marszu: w stronę Starostyny.
Jesienne borowiny |
|
Jesienne rumowiska skalne na
szlaku |
Czerwone borowiny, żółte trawy, niebieskie niebo - trwa
nieustannie plener fotograficzny.
Pies ciągle nas pogania biegając do przodu i patrząc z politowaniem
na nasze ślamazarne tempo.
A z tym psem to było tak: tuz po zostawieniu samochodów idąc wsią przykolegował się do nas merdaniem ogona oznajmiając swoje
przyjacielskie nastawienie. Też chcieliśmy pokazać że jesteśmy
przyjacielsko nastawieni, więc Jurek kupił mu w sklepie kawałek
ukraińskiej kiełbasy. No i zaczęło się od tej pory poszedł przodem
robiąc za przewodnika i podganiając tych na końcu. W nocy spał w
przedsionku namiotu warczeniem dawał znać o zbliżaniu się innych
zwierząt. Po prostu pies-traper.
Przed następnym szczytem (Żurówka) zobaczyliśmy pierwsze żywe istoty
na szlaku: krowy. Wkrótce
dojrzeliśmy również pasterza z którym przeprowadzony został wywiad
na okoliczność występowania grzybów o tej porze.
|
Sklep w Libuchorze |
Spodobała nam się ścieżka trawersująca z północnej strony szczytu
więc uznaliśmy że to jest to. Rzeczywiście ścieżka ta łagodnie
wchodziła do lasu a potem również poprzez otwarte polany schodziła
do wsi Libuchora.
Jeszcze przed zabudowaniami zapytaliśmy pracujących w polu o pobliski
sklep. Okazało się że jest niedaleko tylko zamknięty. Ale nie ma
problemu bo haziajka otwiera
na każde życzenie. Chłopiec oparty o rower ze zdziwieniem patrzył na
osobników z plecakami, ale niezwłocznie wykonał polecenie starszego
stopniem i pogonił do domu haziajki aby natychmiast przyszła
otworzyć sklep.
Sklep ten znajdował się w starej chałupie oczywiście drewnianej,
która miała ponoć osiemdziesiąt lat. W środku znajdował się autentyczny wystrój
z olbrzymim piecem na środku.
Niejeden raz idąc miejscami po dawnych wsiach takim np. Caryńskim,
Jaworniku czy Zubieńsku zastanawiałem się jak wyglądały te dawne
domy, aż tu niespodziewana okazja zobaczenia tego co już nieistnieje po naszej stronie.
Spacer przez wieś to rejestrowanie architektury i rozmowy z
młodzieżą wracającą ze szkoły a wszystko inne.
Na chybił trafił skręciliśmy w stronę dopływającego potoku aby w
górnej części daleko poza zabudowaniami wioski rozbić namioty nad
strumyczkiem, który ściągał wodę ze zboczy Pikują.
Jeszcze tylko nakarmić psa i już można rozpalić ognisko.
A górę popłynie piosenka nasza
piosenka wesoło.
dalej>>
Zobacz też:
Pozostałe
wyprawy