Grudniowy poranek
To historyjka mówiąca że Bieszczady mogą być piękne o każdej porze roku -  nawet tej która wydaje się nijaką.
To historyjka mówiąca o wędrówce grudniowej i o tym co nas może tam spotkać

tekst i zdjęcia: Henryk Myśliwiec

 
Kirkut w Lutowiskach

Grudniowy poranek: pochmurny, nijaki, szary. Wyskakujemy z PKS-u  w Lutowiskach przed kościołem. Cóż można robić w taką pogodę?  Kroki same kierują się do sklepu z płynami pełnymi optymizmu. Robimy zaopatrzenie i wolno schodzimy w dół wioski. Strzałka na słupie przypomina o wyczytanej gdzieś historii tej miejscowości której mieszkańcami byli głównie Żydzi. Skręcamy więc w stronę kirkutu – żydowskiego cmentarza aby zobaczyć to czego nie ma. Robi wrażenie. Powykręcane macewy rozłożone na znacznej przestrzeni nieodwołalnie zadają pytania: jakie było to życie którego już tu nie ma? Jacy byli Ci ludzie których już tu nie ma?
Schodzimy w dół drogi gdzie teraz stoi przystanek naprzeciw miejsca dawnej cerkwi. I znowu na przycerkiewnym cmentarzu duży metalowy krzyż zadaje pytanie.

W drodze na Otryt

Tabliczka przytwierdzona do krzyża mówi że Antoni Rokoszak  posterunkowy policji państwa zginął w 1920 roku jako ofiara przemytników. Co to była za historia, jacy przemytnicy? Jaka granica? Jak doszło do tej tragedii?   Czy ktoś znajdzie odpowiedź na te pytania?
Za cmentarzem szlak skręca w prawo kierując się powolutku w górę. Dochodzimy aż do granicy lasu skąd prawdopodobnie rozciąga się piękny widok. Ale nie dziś. Kolega robi zdjęcie  informując z optymizmem, że Tarnicę dorobi sobie w "Photoshopie"  Cóż za wiara w możliwości komputera.

B
ukowy las przez który wspinamy się na grzbiet Otrytu zawiera ślady ludzi. Tak więc,  mimo że mamy połowę grudnia nie jesteśmy tu jedyni.

Odbudowana Chata Socjologa

Lekka zadyszka i jesteśmy na grani. Kierując się w stronę odbudowanej "Chatki Socjologa" mamy nadzieję że tam zatrzymamy się na nocleg. Jednak bliski kontakt z klamką a przede wszystkim świadomość że jest dopiero południe mobilizuje nas do dalszej wędrówki. Schodzimy w stronę Sanu licząc, że speluna w Dwerniku zwana Piekiełkiem zaspokoi nasze pragnienia. Żółte przystanki są wyznacznikiem kolejnych odpoczynków. Witaminę C uzupełniamy owocami dzikiej róży (pyszne).
Most na Sanie i Piekiełko tuż tuż. Tylko szarpanie się z klamką uświadamia nam że nie jest to sezon turystyczny. Wszystko pozamykane. Z zaplecza dobiega grube szczekanie psiska. Ryzykujemy dalej dobijając się mocniej. Jest. Wychodzi zarośnięty osobnik. Pokornie prosimy o odrobinę piwa dla strudzonych wędrowców. Zgoda. Można wejść. W środku rozgrywka pokera w najlepsze. To miejsce i Ci ludzie  to tak jakbyśmy uczestniczyli w nagrywaniu  westernu.


Niedźwiedź z OPS w Dwerniku Psiaki harcowniki

Płyny uzupełnione ruszamy więc dalej.  Smutna szara droga pełna dziur i niepokojów prowadzi nas przez Dwernik. Niedźwiedź z miejscowego OSP ćwiczy przez pożarem. Skręcamy w stronę schroniska w Caryńskiem. Ten krótki grudniowy dzień się kończy. Miejscowi smolarze których spotykamy na drodze są pełni zapału i zachęcają nas do zmiany kierunku. Odradzając nam Kolibe – bo tam nie ma piwa. Zasmuceni tym faktem zostajemy jednak przy swoim i w ciemnościach docieramy do celu. Szaruga zamieniła się w ciemność.
Grudniowy poranek powitany w Kolibie jest cichy. Od trzech tygodni nikt tu nie zaglądał. Stojąc na werandzie z nadzieją wypatrujemy choćby zarysów gór. Nic. Zaniesione, mgliste chmury nie odsłonią nic. Tylko psiaki - harcowniki radośnie merdają ogonkami jakby chcąc przekazać, że do szczęścia nie trzeba wiele. Odprowadzają nas na szlak. Przodem idzie stara pokazując trasę oznakowaną w kierunku Caryńskiej. Za nami radosny merdacz wszędzie szuka zabawy. Po dłuższej chwili odganiamy je na siłę z powrotem do schroniska, a my mozolnie krok po kroku wspinamy się do góry przez las.


Zamglona Tarnica i Krzemień

Bajkowy las

Śniegu coraz więcej, momentami zapadamy się po kolana, ale przecież to północny stok.
Z małej polanki odsłania się widok na zamglony Krzemień i Tarnicę. Podchodzimy wyżej do lasu pomalowanego na biało przez Królewnę Śnieżkę. Przepiękny, bajkowy las. Aż chce się robić zdjęcia, tym bardziej że w dole królują barwy jesieni. Kolejne mozolne kroki i wychodzimy ponad granice lasu.


Zatopiona dolina Wołosatego Ostra Hora została wysepką
Koniec dnia

Ostatnia prosta pod górę i jesteśmy na grani. Patrzymy i nie wierzymy. Ogromny potop zalewa świat. Olbrzymie masy chmur wlewają się od Słowacji i Ukrainy zalewając dolinę Wołosatego. Na tym morzu pozostały samotne wysepki dawnych szczytów Wielkiej Rawki, Tarnicy, Bukowego Berda. Leżące po ukraińskiej stronie: Ostra Hora, Pikuj, czy Połonina Równa wydają się być tak blisko.  Przez działy niczym na olbrzymich wodospadach przelewają się niesamowite kłęby zalewając kolejno poszczególne doliny.

Obracając się szukamy miejsca ratunku. Wzrok zatrzymuje się na sąsiedniej połoninie ze schroniskiem Chatki Puchatka. Tak to jest miejsce które już niejednego uratowało.
Uspokojeni siadamy w miejscu osłoniętym przez kamienny grzywacz.  Posiłek utrwalamy piwkiem. Ten nieprawdopodobny spektakl wciąż się odbywał na naszych oczach. Nie do końca wierzymy własnym oczom.

Schodzimy w dół do Berehów. Słońce które o tej porze roku już o 16-stej kładzie się spać ukazuje na koniec spektakl. Uroczy zachód mieni się ciepłymi barwami umilając podejście pod górę. W zupełnej ciemności docieramy do schroniska na Wetlińskiej. Tam przywitało nas bractwo z Radomska. Ze zdziwieniem (co tu robimy?) ale i gościnnością. Musieliśmy więc pomóc im walczyć z przytarganymi przez nich zapasami. Oj, a było z czym walczyć. Do późnej nocy.


Nadzieja wschodzi ze słońcem

Ci w dole są pogrążeni

Grudniowy poranek kusił wschodem słońca. Nie jest to proste po nocy przegadanej w tak zaczarowany miejscu jak schronisko na Połoninie Wetlińskiej.
Komórka wibrowała dźwiękami budzenia. Wstań Zenek – WSTAŃ. Wyciągam  się ze śpiwora i po omacku ładuje sprzęt fotograficzny.

 

 


Arka nadziei to Chatka Puchatka Ostatnie zdjęcie z Wetlińskiej

Na grani dmucha lekki wietrzyk. Brzask pokazuje góry ale bez szczegółów. Zdjęcie, kolejne zdjęcie  i następne szukanie miejsca z którego można by uchwycić ducha tego co się dzieje. A dzieje się pięknie. Podnoszące się słońce oświetla swymi promykami zjawisko potopu zalewającego kolejne doliny bieszczadzkie. Przelewające się chmury przez granie, samotne szczyty niczym samotne wysepki. Tylko to nasze schronisko niczym Arka Noego daje świadomość i bezpieczeństwo. Świadomość bo przecież Ci ludzie mieszkający w dole nie wiedzą o niczym. Dla nich jest to tylko pochmurny grudniowy poranek, posępny i bez żadnych widoków.


Została tylko Wetlińska i Caryńska

W Wetlinie

Stojąc obok schroniska i patrząc z góry na ziemski padół to tak jak byśmy patrzyli z pozycji Pana Boga. Czy w Bieszczadach może być pięknie? Może być BOSKO. A oni tam w dole o niczym nie wiedzą. Zdjęcie i jeszcze jedno zrobione zdjęcie. Bo przecież już jutro nie będę wierzył własnej pamięci.

Gdy po śniadaniu rozstajemy się z kompanią obieramy kierunek na Orłowicza. Pomalutku, krok po kroku. Nie śpieszymy się bo i po co? Każdy postój to jak ładowanie własnej wyobraźni. W oddali wyraźna sylwetka Tatr prowokuje do pytania: jak to możliwe, przecież to ponad 170 km w lini prostej. Widać czy to tylko miraże.

Na przełęczy spotykamy pierwszych ludzi. Jest sobota więc dwóch lekko ubranych chłopaków wybrało się na spacer. Pytają o autobusy z Berehów Górnych. Z przykrością uświadamiamy ich że najbliższy dopiero za pół roku. Raczej niech liczą na siebie.

Wetlina. Domy otulone mleczną nijakością. Pusto. Knajpy pozamykane na osiem spustów. Jedynie sklep obok kościoła gdzie można zagrać w szachy, pogadać, zjeść śledzika i jeszcze go popić.

Za dwie godziny odjedzie autobus do codzienności.

Zobacz też:
Pozostałe wyprawy

Bieszczady