Odbudowana Chata Socjologa |
Lekka
zadyszka i jesteśmy na grani. Kierując się w stronę odbudowanej
"Chatki Socjologa" mamy nadzieję że tam zatrzymamy się na nocleg.
Jednak bliski kontakt z klamką a przede wszystkim świadomość że
jest dopiero południe mobilizuje nas do dalszej wędrówki.
Schodzimy w stronę Sanu licząc, że speluna w Dwerniku zwana
Piekiełkiem zaspokoi nasze pragnienia. Żółte przystanki są
wyznacznikiem kolejnych odpoczynków. Witaminę C uzupełniamy
owocami dzikiej róży (pyszne).
Most na Sanie i
Piekiełko tuż tuż. Tylko szarpanie się z klamką uświadamia nam że
nie jest to sezon turystyczny. Wszystko pozamykane. Z zaplecza
dobiega grube szczekanie psiska. Ryzykujemy dalej dobijając się
mocniej. Jest. Wychodzi zarośnięty osobnik. Pokornie prosimy o
odrobinę piwa dla strudzonych wędrowców. Zgoda. Można wejść. W
środku rozgrywka pokera w najlepsze. To miejsce i Ci ludzie to
tak jakbyśmy uczestniczyli w nagrywaniu westernu.
|

Niedźwiedź z OPS w Dwerniku
Psiaki harcowniki |
Płyny
uzupełnione ruszamy więc dalej. Smutna szara droga pełna dziur i
niepokojów prowadzi nas przez Dwernik. Niedźwiedź z miejscowego
OSP ćwiczy przez pożarem. Skręcamy w stronę schroniska w
Caryńskiem. Ten krótki grudniowy dzień się kończy. Miejscowi
smolarze których spotykamy na drodze są pełni zapału i zachęcają
nas do zmiany kierunku. Odradzając nam Kolibe – bo tam nie ma
piwa. Zasmuceni tym faktem zostajemy jednak przy swoim i w
ciemnościach docieramy do celu. Szaruga zamieniła się w ciemność.
Grudniowy poranek powitany w Kolibie jest cichy. Od trzech tygodni
nikt tu nie zaglądał. Stojąc na werandzie z nadzieją wypatrujemy
choćby zarysów gór. Nic. Zaniesione, mgliste chmury nie odsłonią
nic. Tylko psiaki - harcowniki radośnie merdają ogonkami
jakby chcąc przekazać, że do szczęścia nie trzeba wiele.
Odprowadzają nas na szlak. Przodem idzie stara pokazując trasę
oznakowaną w kierunku Caryńskiej. Za nami radosny merdacz wszędzie
szuka zabawy. Po dłuższej chwili odganiamy je na siłę z powrotem
do schroniska, a my mozolnie krok po kroku wspinamy się do góry
przez las.
Zamglona Tarnica i Krzemień
Bajkowy las |
Śniegu coraz więcej, momentami zapadamy się po kolana,
ale przecież to północny stok.
Z
małej polanki odsłania się widok na zamglony Krzemień i Tarnicę.
Podchodzimy wyżej do lasu pomalowanego na biało przez Królewnę
Śnieżkę. Przepiękny, bajkowy las. Aż chce się robić
zdjęcia, tym bardziej że w dole królują barwy jesieni. Kolejne
mozolne kroki i wychodzimy ponad granice lasu.
Ostatnia
prosta pod górę i jesteśmy na grani. Patrzymy i nie wierzymy. Ogromny potop zalewa świat.
Olbrzymie masy chmur wlewają się od Słowacji i Ukrainy zalewając dolinę Wołosatego. Na tym morzu pozostały samotne wysepki
dawnych szczytów Wielkiej Rawki, Tarnicy, Bukowego Berda. Leżące
po ukraińskiej stronie: Ostra Hora, Pikuj, czy Połonina Równa
wydają się być tak blisko. Przez działy niczym na olbrzymich
wodospadach przelewają się niesamowite kłęby zalewając kolejno
poszczególne doliny.
Obracając się
szukamy miejsca ratunku. Wzrok zatrzymuje się na sąsiedniej
połoninie ze schroniskiem Chatki Puchatka. Tak to jest miejsce
które już niejednego uratowało.
Uspokojeni
siadamy w miejscu osłoniętym przez kamienny grzywacz. Posiłek
utrwalamy piwkiem. Ten nieprawdopodobny spektakl wciąż się odbywał
na naszych oczach. Nie do końca wierzymy własnym oczom.
Schodzimy
w dół do Berehów. Słońce które o tej porze roku już o 16-stej
kładzie się spać ukazuje na koniec spektakl. Uroczy zachód mieni
się ciepłymi barwami umilając podejście pod górę. W zupełnej
ciemności docieramy do schroniska na Wetlińskiej. Tam przywitało
nas bractwo z Radomska. Ze zdziwieniem (co tu robimy?) ale i
gościnnością. Musieliśmy więc pomóc im walczyć z przytarganymi
przez nich zapasami. Oj, a było z czym walczyć. Do późnej nocy.

Nadzieja wschodzi ze słońcem

Ci w dole są pogrążeni |
Grudniowy poranek kusił wschodem słońca. Nie jest to
proste po nocy przegadanej w tak zaczarowany miejscu jak
schronisko na Połoninie Wetlińskiej.
Komórka
wibrowała dźwiękami budzenia. Wstań Zenek – WSTAŃ. Wyciągam się
ze śpiwora i po omacku ładuje sprzęt fotograficzny.
|

Arka nadziei to Chatka Puchatka
Ostatnie zdjęcie z Wetlińskiej
|
Na
grani dmucha lekki wietrzyk. Brzask pokazuje góry ale bez
szczegółów. Zdjęcie, kolejne zdjęcie i następne szukanie miejsca
z którego można by uchwycić ducha tego co się dzieje. A dzieje się
pięknie. Podnoszące się słońce oświetla swymi promykami zjawisko
potopu zalewającego kolejne doliny bieszczadzkie. Przelewające się
chmury przez granie, samotne szczyty niczym samotne wysepki. Tylko
to nasze schronisko niczym Arka Noego daje świadomość i
bezpieczeństwo. Świadomość bo przecież Ci ludzie mieszkający w
dole nie wiedzą o niczym. Dla nich jest to tylko pochmurny
grudniowy poranek, posępny i bez żadnych widoków.

Została tylko Wetlińska i Caryńska

W Wetlinie |
Stojąc
obok schroniska i patrząc z góry na ziemski padół to tak jak byśmy
patrzyli z pozycji Pana Boga. Czy w Bieszczadach może być pięknie?
Może być BOSKO. A oni tam w dole o niczym nie wiedzą. Zdjęcie i
jeszcze jedno zrobione zdjęcie. Bo przecież już jutro nie będę
wierzył własnej pamięci.
Gdy po śniadaniu
rozstajemy się z kompanią obieramy kierunek na Orłowicza.
Pomalutku, krok po kroku. Nie śpieszymy się bo i po co? Każdy
postój to jak ładowanie własnej wyobraźni. W oddali wyraźna
sylwetka Tatr prowokuje do pytania: jak to możliwe, przecież to
ponad 170 km w lini prostej. Widać czy to tylko miraże.
Na przełęczy
spotykamy pierwszych ludzi. Jest sobota więc dwóch lekko ubranych
chłopaków wybrało się na spacer. Pytają o autobusy z Berehów
Górnych. Z przykrością uświadamiamy ich że najbliższy dopiero za
pół roku. Raczej niech liczą na siebie.
Wetlina.
Domy otulone mleczną nijakością. Pusto. Knajpy pozamykane na osiem
spustów. Jedynie sklep obok kościoła gdzie można zagrać w szachy,
pogadać, zjeść śledzika i jeszcze go popić.
Za dwie godziny
odjedzie autobus do codzienności.
Zobacz też:
Pozostałe
wyprawy