tekst i zdjęcia: Derty
1
|
2
|
3
|
4
|
5
>>
Na początku kilka słów wstępu na
temat genezy wyjazdu i mojego w nim uczestnictwa. Pomysł wyprawy
zrodził się w trakcie Sylwestrowej pohulanki u przemiłej Agi i Irka
w Nadarzynie. Jak to dokładnie było, nie pamiętam. Pamiętam jedynie,
że poczułem radość. Radość spowodowaną pojawiającą się możliwością
zrealizowania marzenia z dawnych lat. Otóż dokładnie 24 lata
wcześniej, na początku stycznia 1980 roku wpadła mi w ręce książka
bodaj Michała Jagiełły ‘Wołanie w górach’ i tam przeczytałem po raz
pierwszy o Czarnohorze – górach tajemniczych, odległych,
niebezpiecznych, niemal co roku pożerających ofiary a to w lawinach,
a to w mgłach Howerli i Turkuła. Wielkie czarno-białe zdjęcie
Howerli z tej książki pamiętam do dziś, gdy tylko zamknę oczy. Nie
wiem, co takiego jest w sylwetce Howerli, ale jej obraz przechowuję
w głowie obok obrazów innych, potężniejszych od niej gór, jak choćby
Amai Dablang czy Macchapuchare. Widok tej góry wywołuje we mnie
wzruszenie identyczne z tym, które pojawia się, gdy patrzę na
tatrzański Ganek, Starorobociański czy Mnich. 24 lata temu narodziło
się moje marzenie. Wraz ze zbliżaniem się terminu wyprawy odczuwałem
coraz większy niepokój i zniecierpliwienie choć przecież Góry
Wyśnione zwykle stoją tam gdzie stały od eonów, a polityczne
przeszkody w wyprawieniu się na Ukrainę już od dawna nie istniały...
|

Wielbłąd pod pomnikiem narodowego druida – Tarasa
Szewczenki |
Wyjazd
rozpoczęliśmy w czwórkę, to znaczy Szaszka z Piotrem i ja wraz z Ewą. Rejsowym autobusem dotarliśmy do Lwowa, by tam zaczekać na
Agajotka i Sebastiana – świeżo upieczonych małżonków, dla których
miała to być podróż poślubna. Ze Lwowa dobrze zapamiętam niezwykłą
sprawność miejscowych bandziorów, którzy na powitanie Ukrainy
okradli mnie ze 100 hrywien oraz namolność miejscowych pijaczków i
żebraków wyspecjalizowanych w wyciąganiu pieniędzy od przyjezdnych.
Azjatyckie nastroje spotęgował widok wielbłąda,
na którym miejscowi odbywali przejażdżki pod pomnikiem narodowego
druida – Tarasa Szewczenki. Z trudem można w obecnym Lwowie odnaleźć
cienie dawnego, tak sławionego przez wielu, klimatu tego miasta. Zniknęli Żydzi, zniknęli Ormianie, a Polacy są nic nie znaczącą
mniejszością, która już nie nadaje tonu temu miejscu. Po raz
pierwszy od wielu lat znów poczułem pogardę dla głupoty i
barbarzyństwa komunistów hodujących ‘nowe społeczeństwo’. Po kilku
godzinach zwiedzania marzyłem, aby jak najszybciej pojechać w góry.
Na szczęście Ukraina obfituje w soczyste arbuzy i niezłe
wyroby przemysłu monopolowego... Szybko wróciła radość.
|

Wyroby przemysłu monopolowego |
Miłym akcentem tego krótkiego pobytu we Lwowie była wizyta w
polskiej katedrze, gdzie akurat odprawiano mszę świętą. Oczywiście
po polsku. Ksiądz celebrujący mszę mocno zaciągał wypowiadając słowa
modlitw. Zamknąłem oczy i poczułem wzruszenie. Ponoć wszyscy je tu
odczuwają na dźwięk polskiej mowy. Gdy wyszliśmy na ulicę wrażenie
uleciało. To już nie ten Lwów i trzeba przejść nad tym do porządku
dziennego.
I piękna, bez żadnych wątpliwości – cudna, jest Czarna Kamienica
przy lwowskim Rynku. Stojąc wpatrzony w tę perełkę architektury,
zadawałem sobie pytanie, dlaczego ludzie zrezygnowali z takiego
piękna na rzecz martwych, zgeometryzowanych form w architekturze?
Nudne pudła szklanych wieżowców nonszalancko prują przestworza nad
miastami. Każda kondygnacja podobna do poprzedniej. Nic nie wyróżnia
każdego z tych gmaszysk
prócz kształtu bryły. Mała stara kamieniczka na lwowskim rynku jest
dla mnie jakimś wcieleniem obrazu gór. Żadne piętro nie podobne do
poprzedniego, wielość ozdób zmusza do studiowania każdego fragmentu
- wpatruję się w ludzkie bądź co bądź dzieło i widzę stoki gór
porzeźbione lodowcami, wodą i wiatrem. Ech, chyba czas ruszyć ku
górom...
Następnego dnia rozpoczęliśmy nasz rajd ku górom, który
zakończyliśmy dopiero wieczorem po pokonaniu około 300 kilometrów
(!!!) miejscowymi autobusami pamiętającymi zapewne czasy Batiuszki
Stalina. Niedogodności podróży tymi wehikułami łagodziły skąpane w
słońcu widoki – sfalowane przestrzenie uciekające w głąb wciąż tajemniczej Eurazji. Mały wstrząs
przeżyłem, gdy wsiadaliśmy do autobusu jadącego z Werchowyny do
Burkutu. Każdy centymetr kwadratowy tej machiny przypominał o
niewyobrażalnej nędzy jaką przyszło klepać obywatelom imperium.
Podziwiałem też niezwykły spokój pasażerów, którzy pomimo wielkiego
tłoku spotęgowanego naszymi plecakami, olbrzymimi pakunkami
zawierającymi warzywa, którymi handlowano na werchowyńskim targu
oraz gigantycznym pudłem z telewizorem, byli uśmiechnięci, żartowali
z nami bądź znas i swoim
przyjaznym usposobieniem kazali zupełnie zapomnieć o stereotypie
Ukraińca-zbója tak jeszcze powszechnym w Polsce. Co ciekawe, każdy
niemal pan w tym autobusie był pod działaniem jakiegoś trunku, a
niektórzy nawet wykańczali w pośpiechu ostatnie butelki piwa. To był
pewnie sposób na dłużącą się podróż. Trasę 12 kilometrów z
Werchowyny do Dzembroni pokonaliśmy już w 40 minut!
Takie tempo nie dziwiło. Raz - ze względu na stan techniczny
autobusu, a dwa – ze względu na stan drogi, którą ‘mknęliśmy’.
Piękny, tajemniczy Czarny Czeremosz zwykł bowiem na tym odcinku
'podjadać' stoki licznymi wezbraniami, a w szczególności upodobał
sobie zbocze, po którym prowadziła nasza droga. Stojąc w autobusie
widziałem przez okno tylko spienioną wodę i głazy w dnie potoku
kilka metrów pod sobą i myślałem gorączkowo o wytrzymałości gruntów,
kącie stoku i innych takich inżynierskich hasłach, którymi kiedyś pasiono mnie na studiach. Jakoś się jednak to wszystko trzymało, a
nawet, o dziwo, udały się dwie mijanki z innymi samochodami
spotkanymi po drodze. Na marginesie – kto jeszcze pamięta tak gęsty
ruch samochodowy na przykład w polskich Bieszczadach?
Najlepiej tę podróż spędziła Ewa i Aga. Ewa przytłoczona kilkoma
plecakami zdawała się znikać wolno pod potężnym ciśnieniem bagażów.
Jednak miejscowy, który okazał się troskliwy niczym ojciec wobec
naszych pań, wciąż dopytywał się Ewę, czy jeszcze żyje i w ten
sposób mieliśmy o niej świeże wiadomości, gdy wreszcie plecaki
zakryły ją zupełnie. Agę spotkał przywilej siedzenia obok tego pana.
Reszta bractwa stała na czubkach palców pomiędzy bagażami wykonując
dziwaczne ewolucje na każdym wyboju drogi. Muszę przyznać, że gdy
wysiadałem z tego pojazdu, czułem się zmęczony jak po dobrym
treningu na siłowni.
Tak więc po dwóch przesiadkach – w Stanisławowie i w Werchowynie –
znaleźliśmy się na początku naszej przygody - w Dzembroni, która
powitała nas szumem Czeremoszu, tak sławionego przez Władysława
Krygowskiego w jego wspomnieniowych książkach z przedwojennych
włóczęg karpackich, zimnem górskiego wieczoru i malutką kapliczką z
kunsztownie wykonanymi obróbkami blacharskimi.
|

Kunsztowna blacharka kapliczki w Dzembroni
|
Mój wzrok wciąż biegł od tego miejsca w górę, tam, gdzie spodziewał się spotkać widok
olbrzymów, ale były one jeszcze nader dobrze poukrywane w plątaninie
pomniejszych szczytów - zalesionych lub okrytych jedynie połoniną.
Zaczęliśmy marsz ku górom i o dziwo, nawet nie wyczuwało się w
grupie napięcia, które tak często towarzyszyło innym wyprawom. Chyba
po prostu byliśmy u siebie.
Pole biwakowe w Dzembroni
|
Widoczny
na zdjęciu fragment terenu, który chyba ma służyć za pole biwakowe w
Dzembroni był gładko wykoszony, oczyszczony z krowich odchodów, a w
krzaku odkryliśmy sławojkę, która jednak wymagała pewnych
ekwilibrystycznych umiejętności, by z niej skorzystać. Niedaleko od
tego miejsca, po drugiej stronie drogi nad potokiem, zamontowano
stół i ławy oraz miejsce na ognisko. Miejsce to, nader miłe i godne
polecenia wszystkim, którzy tak jak my, dotrą do wsi przed nocą,
położone jest w odległości niecałego kilometra od kapliczki nad
Czeremoszem. Rano
witać nas tu może piękny widok gór...
|
Widok o świcie w Dzembroni
|
Gdy przybyliśmy wieczorem w to miejsce, przywitał nas niemal
lodowaty chłód, rosa i miliard gwiazd na firmamencie. Szybko
uporaliśmy się z rozbijaniem namiotów i ruszyliśmy do rozpalania
ogniska. Wielkie pęta kiełbasy nadziane na kij szybko znalazły się w
gorących płomieniach. Ostatnia ‘normalna’ kolacja przed wieloma
dniami jedzenia turystycznych wynalazków błyskawicznie zniknęła w
naszych żołądkach.
Za dwa papierosy Aga wyłudziła od miejscowego młodzieniaszka
informację, że rano można będzie kupić chleb od roznoszącej ten
specjał gospodyni. Dobra nasza – wszystko wydawało się sprzyjać
naszym planom więc o spokojny sen nie było trudno. A rosa
zapowiadała słoneczny dzień. Wspomniałem w tym miejscu chwile z
dawnych swoich wypraw, gdy po dotarciu do pierwszego noclegu
rozbijałem namiot, rozniecałem ognisko i zanurzałem się w
wykonywanych prostych czynnościach obozowych, jak w morzu spokoju i
radosnej lekkości ducha. Jakieś uwagi na temat smaku kiełbasy, stanu
pogody, wszędobylskiej wilgoci. Zawsze tak samo i zawsze to samo
lekkie napięcie oczekiwania na kolejny dzień w nowych górach. Gdy
leżąc w śpiworku uświadomiłem sobie, że oto po niezwykle długiej
przerwie znów mogę przeżywać tak samo moje góry poczułem, że muszę
sobie krzyknąć na całe gardło z radości. W ostatniej chwili złapałem
się za usta... z namiotu Agajotków, a może Szaszki, dobiegało już
miarowe sapanie śpiących. Mieli by ze mną używanie...
Świeży chlebek prezentowany przez
(od lewej) Agajotek, Szaszkę i Ewę |
|
Słońce nad Dzembornią
|
Jak
wspomniałem dodatkową atrakcją tego miejsca jest możliwość kupna
świeżego chleba, który codziennie rano rozwozi miejscowa gospodyni.
Ta wielka ilość pieczywa, jak się później okazało, nie wystarczyła
na zaspokojenie apetytów męskiej części wycieczki. Po 3 dniach
marzyliśmy o pani z chlebem...
Poranne ruchy spowalniało słońce. Siedzieliśmy spakowani koło
wędzarnika na polu i pozwalaliśmy nagrzewać nasze
ciała
naszej ulubionej gwieździe. Jednak wreszcie świadomość, że resztę
dnia będziemy szli w rosnącym upale nakazała mi dać hasło do
wymarszu. Pierwsze kroki z worem nie były łatwe – ile ważył, tego
nie wiem na pewno lecz pewnie nie mniej niż 30 kg. Później już jakoś
poszło.
|
No to w drogę
|
Wreszcie, po krótkim marszu dnem doliny, ujrzeliśmy wymarzone góry.
Mijana po drodze wieś, jak wiele w tej okolicy, odznaczała się
luźną, a może nawet nieco niechlujną zabudową. Jednak szpetotę
zmienionego ręką człowieka dna doliny rekompensował widok niemalże
bajkowy ponad wiejskimi opłotkami. Szybki przemarsz przez wieś już
wkrótce zahamował potęgujący się upał. Zaczęliśmy marzyć o zimnym
piwie, a postój w tak zwanym centrum wsi (podaję za przewodnikiem)
ochrzciliśmy galonem wypitej wprost z potoku wody.
Widok na boczne granie spadające
z głównego grzbietu Czarnohory
Biwak |
W tym miejscu
uwaga dla potencjalnych wędrowców, których oczy poniosą w tamte
rejony. Otóż błagam, wyrzućcie do kosza, a lepiej, zużyjcie na
obrus, laminowaną mapę wydawnictwa Kompass ‘Karpaty Ukraińskie’.
Według tejże mapy szlak z Dzembroni na Smotrec i do głównej grani
Czarnohory jest koloru czarnego, a tym czasem jest on CZERWONY!!! To
niewielkie przekłamanie na mapie kosztowało nas przeszło godzinę
krążenia po dnie doliny w poszukiwaniu czarnych znaków. Tymczasem
właściwe jest kierowanie się znakami czerwonymi, które prowadzą
PRZEZ BRAMĘ na
dróżce
obok starej chałupiny. Tego też niestety zapomnieli opisać autorzy
pewnego przewodnika. Zmęczeni upiornym upałem jakoś odnaleźliśmy
właściwą drogę i pokonaliśmy pierwsze setki metrów przewyższenia.
Jednak narastające zmęczenie pozwoliło nam tego dnia dotrzeć jedynie na przełęcz w bocznej grani
Smotreca, w pobliże starych stai pasterskich.
|
Staje pasterskie nad Dzembronią
|
Tam napoiliśmy się do
woli przepyszną wodą z poideł dla zwierząt. A wieczorem rozpaliliśmy
piękne ognisko, które w górskim otoczeniu grzało chyba z pięć razy
mocniej niż zwykle.
Pierwszy
biwak powitał nas też złowróżbnym wiatrem, który dzikimi porywami
przez całe popołudnie i pół nocy przypominał o nadchodzącym
załamaniu pogody. Na razie mieliśmy jednak inne zmartwienia. Otóż
okazało się, że na skutek złego rozumienia tutejszego dialektu
niedokładnie odcyfrowaliśmy wskazówki miejscowych pasterzy i
rozbiliśmy namioty na terenie pastwiska, przez które wieczorem
pędzono bydło do nocnego koszaru na sąsiednim stoku. Przemarsz
byczków, bo z nimi mieliśmy do czynienia, odbył się jednak
spokojnie. Piotr śmiał się, że rano przegalopują przez nasz obóz
konie.
|
Konie przy obozie |
I rzeczywiście...o świcie, niczym
orkan, tuż koło mojego namiotu przecwałowała trójka sympatycznych koników,
które już poprzedniego dnia usiłowały się dobrać do namiotu Agi i
Seba. Na strachu się skończyło, a konie stały się jeszcze jednym
wdzięcznym elementem krajobrazu. Pięknie też zaprezentowały się góry
o wschodzie słońca...
1
|
2
|
3
|
4
|
5
>>
Zobacz też:
Pozostałe
wyprawy