Czarnohora 2004

tekst i zdjęcia: Derty

1 | 2 | 3 | 4 | 5 >>

Na początku kilka słów wstępu na temat genezy wyjazdu i mojego w nim uczestnictwa. Pomysł wyprawy zrodził się w trakcie Sylwestrowej pohulanki u przemiłej Agi i Irka w Nadarzynie. Jak to dokładnie było, nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że poczułem radość. Radość spowodowaną pojawiającą się możliwością zrealizowania marzenia z dawnych lat. Otóż dokładnie 24 lata wcześniej, na początku stycznia 1980 roku wpadła mi w ręce książka bodaj Michała Jagiełły ‘Wołanie w górach’ i tam przeczytałem po raz pierwszy o Czarnohorze – górach tajemniczych, odległych, niebezpiecznych, niemal co roku pożerających ofiary a to w lawinach, a to w mgłach Howerli i Turkuła. Wielkie czarno-białe zdjęcie Howerli z tej książki pamiętam do dziś, gdy tylko zamknę oczy. Nie wiem, co takiego jest w sylwetce Howerli, ale jej obraz przechowuję w głowie obok obrazów innych, potężniejszych od niej gór, jak choćby Amai Dablang czy Macchapuchare. Widok tej góry wywołuje we mnie wzruszenie identyczne z tym, które pojawia się, gdy patrzę na tatrzański Ganek, Starorobociański czy Mnich. 24 lata temu narodziło się moje marzenie. Wraz ze zbliżaniem się terminu wyprawy odczuwałem coraz większy niepokój i zniecierpliwienie choć przecież Góry Wyśnione zwykle stoją tam gdzie stały od eonów, a polityczne przeszkody w wyprawieniu się na Ukrainę już od dawna nie istniały...


Wielbłąd pod pomnikiem narodowego druida – Tarasa Szewczenki

Wyjazd rozpoczęliśmy w czwórkę, to znaczy Szaszka z Piotrem i ja wraz z Ewą. Rejsowym autobusem dotarliśmy do Lwowa, by tam zaczekać na Agajotka i Sebastiana – świeżo upieczonych małżonków, dla których miała to być podróż poślubna. Ze Lwowa dobrze zapamiętam niezwykłą sprawność miejscowych bandziorów, którzy na powitanie Ukrainy okradli mnie ze 100 hrywien oraz namolność miejscowych pijaczków i żebraków wyspecjalizowanych w wyciąganiu pieniędzy od przyjezdnych. Azjatyckie nastroje spotęgował widok wielbłąda, na którym miejscowi odbywali przejażdżki pod pomnikiem narodowego druida – Tarasa Szewczenki. Z trudem można w obecnym Lwowie odnaleźć cienie dawnego, tak sławionego przez wielu, klimatu tego miasta. Zniknęli Żydzi, zniknęli Ormianie, a Polacy są nic nie znaczącą mniejszością, która już nie nadaje tonu temu miejscu. Po raz pierwszy od wielu lat znów poczułem pogardę dla głupoty i barbarzyństwa komunistów hodujących ‘nowe społeczeństwo’. Po kilku godzinach zwiedzania marzyłem, aby jak najszybciej pojechać w góry. Na szczęście Ukraina obfituje w soczyste arbuzy i niezłe wyroby przemysłu monopolowego... Szybko wróciła radość.


Wyroby przemysłu monopolowego

Miłym akcentem tego krótkiego pobytu we Lwowie była wizyta w polskiej katedrze, gdzie akurat odprawiano mszę świętą. Oczywiście po polsku. Ksiądz celebrujący mszę mocno zaciągał wypowiadając słowa modlitw. Zamknąłem oczy i poczułem wzruszenie. Ponoć wszyscy je tu odczuwają na dźwięk polskiej mowy. Gdy wyszliśmy na ulicę wrażenie uleciało. To już nie ten Lwów i trzeba przejść nad tym do porządku dziennego.
I piękna, bez żadnych wątpliwości – cudna, jest Czarna Kamienica przy lwowskim Rynku. Stojąc wpatrzony w tę perełkę architektury, zadawałem sobie pytanie, dlaczego ludzie zrezygnowali z takiego piękna na rzecz martwych, zgeometryzowanych form w architekturze? Nudne pudła szklanych wieżowców nonszalancko prują przestworza nad miastami. Każda kondygnacja podobna do poprzedniej. Nic nie wyróżnia każdego z tych gmaszysk prócz kształtu bryły. Mała stara kamieniczka na lwowskim rynku jest dla mnie jakimś wcieleniem obrazu gór. Żadne piętro nie podobne do poprzedniego, wielość ozdób zmusza do studiowania każdego fragmentu - wpatruję się w ludzkie bądź co bądź dzieło i widzę stoki gór porzeźbione lodowcami, wodą i wiatrem. Ech, chyba czas ruszyć ku górom...
Następnego dnia rozpoczęliśmy nasz rajd ku górom, który zakończyliśmy dopiero wieczorem po pokonaniu około 300 kilometrów (!!!) miejscowymi autobusami pamiętającymi zapewne czasy Batiuszki Stalina. Niedogodności podróży tymi wehikułami łagodziły skąpane w słońcu widoki – sfalowane przestrzenie uciekające w głąb wciąż tajemniczej Eurazji. Mały wstrząs przeżyłem, gdy wsiadaliśmy do autobusu jadącego z Werchowyny do Burkutu. Każdy centymetr kwadratowy tej machiny przypominał o niewyobrażalnej nędzy jaką przyszło klepać obywatelom imperium. Podziwiałem też niezwykły spokój pasażerów, którzy pomimo wielkiego tłoku spotęgowanego naszymi plecakami, olbrzymimi pakunkami zawierającymi warzywa, którymi handlowano na werchowyńskim targu oraz gigantycznym pudłem z telewizorem, byli uśmiechnięci, żartowali z nami bądź znas i swoim przyjaznym usposobieniem kazali zupełnie zapomnieć o stereotypie Ukraińca-zbója tak jeszcze powszechnym w Polsce. Co ciekawe, każdy niemal pan w tym autobusie był pod działaniem jakiegoś trunku, a niektórzy nawet wykańczali w pośpiechu ostatnie butelki piwa. To był pewnie sposób na dłużącą się podróż. Trasę 12 kilometrów z Werchowyny do Dzembroni pokonaliśmy już w 40 minut!
Takie tempo nie dziwiło. Raz - ze względu na stan techniczny autobusu, a dwa – ze względu na stan drogi, którą ‘mknęliśmy’. Piękny, tajemniczy Czarny Czeremosz zwykł bowiem na tym odcinku 'podjadać' stoki licznymi wezbraniami, a w szczególności upodobał sobie zbocze, po którym prowadziła nasza droga. Stojąc w autobusie widziałem przez okno tylko spienioną wodę i głazy w dnie potoku kilka metrów pod sobą i myślałem gorączkowo o wytrzymałości gruntów, kącie stoku i innych takich inżynierskich hasłach, którymi kiedyś pasiono mnie na studiach. Jakoś się jednak to wszystko trzymało, a nawet, o dziwo, udały się dwie mijanki z innymi samochodami spotkanymi po drodze. Na marginesie – kto jeszcze pamięta tak gęsty ruch samochodowy na przykład w polskich Bieszczadach?
Najlepiej tę podróż spędziła Ewa i Aga. Ewa przytłoczona kilkoma plecakami zdawała się znikać wolno pod potężnym ciśnieniem bagażów. Jednak miejscowy, który okazał się troskliwy niczym ojciec wobec naszych pań, wciąż dopytywał się Ewę, czy jeszcze żyje i w ten sposób mieliśmy o niej świeże wiadomości, gdy wreszcie plecaki zakryły ją zupełnie. Agę spotkał przywilej siedzenia obok tego pana. Reszta bractwa stała na czubkach palców pomiędzy bagażami wykonując dziwaczne ewolucje na każdym wyboju drogi. Muszę przyznać, że gdy wysiadałem z tego pojazdu, czułem się zmęczony jak po dobrym treningu na siłowni.
Tak więc po dwóch przesiadkach – w Stanisławowie i w Werchowynie – znaleźliśmy się na początku naszej przygody - w Dzembroni, która powitała nas szumem Czeremoszu, tak sławionego przez Władysława Krygowskiego w jego wspomnieniowych książkach z przedwojennych włóczęg karpackich, zimnem górskiego wieczoru i malutką kapliczką z kunsztownie wykonanymi obróbkami blacharskimi.


Kunsztowna blacharka kapliczki w Dzembroni

Mój wzrok wciąż biegł od tego miejsca w górę, tam, gdzie spodziewał się spotkać widok olbrzymów, ale były one jeszcze nader dobrze poukrywane w plątaninie pomniejszych szczytów - zalesionych lub okrytych jedynie połoniną. Zaczęliśmy marsz ku górom i o dziwo, nawet nie wyczuwało się w grupie napięcia, które tak często towarzyszyło innym wyprawom. Chyba po prostu byliśmy u siebie.
Pole biwakowe w Dzembroni

Widoczny na zdjęciu fragment terenu, który chyba ma służyć za pole biwakowe w Dzembroni był gładko wykoszony, oczyszczony z krowich odchodów, a w krzaku odkryliśmy sławojkę, która jednak wymagała pewnych ekwilibrystycznych umiejętności, by z niej skorzystać. Niedaleko od tego miejsca, po drugiej stronie drogi nad potokiem, zamontowano stół i ławy oraz miejsce na ognisko. Miejsce to, nader miłe i godne polecenia wszystkim, którzy tak jak my, dotrą do wsi przed nocą, położone jest w odległości niecałego kilometra od kapliczki nad Czeremoszem. Rano witać nas tu może piękny widok gór...

Widok o świcie w Dzembroni

Gdy przybyliśmy wieczorem w to miejsce, przywitał nas niemal lodowaty chłód, rosa i miliard gwiazd na firmamencie. Szybko uporaliśmy się z rozbijaniem namiotów i ruszyliśmy do rozpalania ogniska. Wielkie pęta kiełbasy nadziane na kij szybko znalazły się w gorących płomieniach. Ostatnia ‘normalna’ kolacja przed wieloma dniami jedzenia turystycznych wynalazków błyskawicznie zniknęła w naszych żołądkach.
Za dwa papierosy Aga wyłudziła od miejscowego młodzieniaszka informację, że rano można będzie kupić chleb od roznoszącej ten specjał gospodyni. Dobra nasza – wszystko wydawało się sprzyjać naszym planom więc o spokojny sen nie było trudno. A rosa zapowiadała słoneczny dzień. Wspomniałem w tym miejscu chwile z dawnych swoich wypraw, gdy po dotarciu do pierwszego noclegu rozbijałem namiot, rozniecałem ognisko i zanurzałem się w wykonywanych prostych czynnościach obozowych, jak w morzu spokoju i radosnej lekkości ducha. Jakieś uwagi na temat smaku kiełbasy, stanu pogody, wszędobylskiej wilgoci. Zawsze tak samo i zawsze to samo lekkie napięcie oczekiwania na kolejny dzień w nowych górach. Gdy leżąc w śpiworku uświadomiłem sobie, że oto po niezwykle długiej przerwie znów mogę przeżywać tak samo moje góry poczułem, że muszę sobie krzyknąć na całe gardło z radości. W ostatniej chwili złapałem się za usta... z namiotu Agajotków, a może Szaszki, dobiegało już miarowe sapanie śpiących. Mieli by ze mną używanie...
Świeży chlebek prezentowany przez (od lewej) Agajotek, Szaszkę i Ewę

Słońce nad Dzembornią

Jak wspomniałem dodatkową atrakcją tego miejsca jest możliwość kupna świeżego chleba, który codziennie rano rozwozi miejscowa gospodyni. Ta wielka ilość pieczywa, jak się później okazało, nie wystarczyła na zaspokojenie apetytów męskiej części wycieczki. Po 3 dniach marzyliśmy o pani z chlebem...
Poranne ruchy spowalniało słońce. Siedzieliśmy spakowani koło wędzarnika na polu i pozwalaliśmy nagrzewać nasze ciała naszej ulubionej gwieździe. Jednak wreszcie świadomość, że resztę dnia będziemy szli w rosnącym upale nakazała mi dać hasło do wymarszu. Pierwsze kroki z worem nie były łatwe – ile ważył, tego nie wiem na pewno lecz pewnie nie mniej niż 30 kg. Później już jakoś poszło.

No to w drogę

Wreszcie, po krótkim marszu dnem doliny, ujrzeliśmy wymarzone góry. Mijana po drodze wieś, jak wiele w tej okolicy, odznaczała się luźną, a może nawet nieco niechlujną zabudową. Jednak szpetotę zmienionego ręką człowieka dna doliny rekompensował widok niemalże bajkowy ponad wiejskimi opłotkami. Szybki przemarsz przez wieś już wkrótce zahamował potęgujący się upał. Zaczęliśmy marzyć o zimnym piwie, a postój w tak zwanym centrum wsi (podaję za przewodnikiem) ochrzciliśmy galonem wypitej wprost z potoku wody.
Widok na boczne granie spadające z głównego grzbietu Czarnohory
Biwak

W tym miejscu uwaga dla potencjalnych wędrowców, których oczy poniosą w tamte rejony. Otóż błagam, wyrzućcie do kosza, a lepiej, zużyjcie na obrus, laminowaną mapę wydawnictwa Kompass ‘Karpaty Ukraińskie’. Według tejże mapy szlak z Dzembroni na Smotrec i do głównej grani Czarnohory jest koloru czarnego, a tym czasem jest on CZERWONY!!! To niewielkie przekłamanie na mapie kosztowało nas przeszło godzinę krążenia po dnie doliny w poszukiwaniu czarnych znaków. Tymczasem właściwe jest kierowanie się znakami czerwonymi, które prowadzą PRZEZ BRAMĘ na dróżce obok starej chałupiny. Tego też niestety zapomnieli opisać autorzy pewnego przewodnika. Zmęczeni upiornym upałem jakoś odnaleźliśmy właściwą drogę i pokonaliśmy pierwsze setki metrów przewyższenia. Jednak narastające zmęczenie pozwoliło nam tego dnia dotrzeć jedynie na przełęcz w bocznej grani Smotreca, w pobliże starych stai pasterskich.

Staje pasterskie nad Dzembronią

Tam napoiliśmy się do woli przepyszną wodą z poideł dla zwierząt. A wieczorem rozpaliliśmy piękne ognisko, które w górskim otoczeniu grzało chyba z pięć razy mocniej niż zwykle.
Pierwszy biwak powitał nas też złowróżbnym wiatrem, który dzikimi porywami przez całe popołudnie i pół nocy przypominał o nadchodzącym załamaniu pogody. Na razie mieliśmy jednak inne zmartwienia. Otóż okazało się, że na skutek złego rozumienia tutejszego dialektu niedokładnie odcyfrowaliśmy wskazówki miejscowych pasterzy i rozbiliśmy namioty na terenie pastwiska, przez które wieczorem pędzono bydło do nocnego koszaru na sąsiednim stoku. Przemarsz byczków, bo z nimi mieliśmy do czynienia, odbył się jednak spokojnie. Piotr śmiał się, że rano przegalopują przez nasz obóz konie.

Konie przy obozie

I rzeczywiście...o świcie, niczym orkan, tuż koło mojego namiotu przecwałowała trójka sympatycznych koników, które już poprzedniego dnia usiłowały się dobrać do namiotu Agi i Seba. Na strachu się skończyło, a konie stały się jeszcze jednym wdzięcznym elementem krajobrazu. Pięknie też zaprezentowały się góry o wschodzie słońca...

 

 

1 | 2 | 3 | 4 | 5 >>

Zobacz też:
Pozostałe wyprawy

Bieszczady