Wigilijny
Patrol
Obiad skończyłem jeden z pierwszych.
Myśl, że dziś zostawiam swojego GAZA i idę w góry na patrol nie
dawała mi spokoju. Z jednej strony wielka radość i duma przede
wszystkim, że o to ja młody człowiek z centralnej Polski dostąpię
zaszczytu pilnowania naszej granicy w pełnym słowa tego znaczeniu.
Z drugiej wielka obawa czy dam radę. Przecież w końcu to góry, idę
pierwszy raz i na dodatek zimą. Jak wygląda i na czym polega rola
patrolu granicznego, znałem tylko z opowieści kolegów. Moje
miejsce zawsze było za kierownicą zielonego gaza. Ale bardzo
chciałem i dziś nadarzyła się okazja iść i zobaczyć jak Bieszczady
wyglądają zimą. Pewne rozluźnienie dyscypliny stanu wojennego
pozwoliło bliżej mieszkającym wyjechać na przepustki do domów.
Pierwsze od początku służby. Ja miałem za daleko, więc zostałem.
Tym sposobem przydzielono mnie do służby patrolowej i dziś 24
grudnia 1982 roku w Wigilię Bożego Narodzenia idę podzielić się
opłatkiem z kimś, kogo jeszcze nie znam a kogo być może spotkam po
drodze na szlaku naszej marszruty.

Na służbie |
Auto zwolniło. Jedziemy
początkowo lekko pod górę, potem droga coraz bardziej się wznosi
aż osiągnie szczyt na Przełęczy Wyżniańskiej. Tam kończy się nasza
jazda. Chwile siedzimy w samochodzie. Dowódca patrolu mł. chor.
Staniszewski (nie wiem czy dobrze zapisałem nazwisko)
przypomina nam wytyczne z odprawy. Są to rutynowe czynności
operacyjne każdego patrolu. Wysiadamy z samochodu. Lekki mroźny
wiaterek od razu zaczął szczypać mnie po policzkach. Zabieramy
osprzęt i ruszamy dalej pieszo. Nasz cel to Krzemieniec. Na sobie
mamy białe maskownice. Na plecach - plecaki z prowiantem, a na
ramieniu ‘wysłużony kałasznikow”. Chorąży dodatkowo wyposażony
jest w mapnik, radio i lornetkę. Pożegnanie z kierowcą i w trzech
ruszamy w kierunku Małej Rawki. Ten trzeci to nieżyjący już kolega
Marcin Dolot gdzieś spod Nowego Tomyśla w Poznańskiem. Zaczyna już
szarzeć. Niebawem pierwsza gwiazdka zabłyśnie. Idziemy gęsiego. Ja
tuż za kolegą. Za mną idzie chorąży. Po pół godzinnym marszu
dochodzimy do schroniska PTTK. Zapewne głos ujadającego psa
spowodował, że z budynku wyszła lekko przygarbiona postać. Po
chwili rozmowy z naszym dowódcą zostaliśmy zaproszeni do środka.
Przedsionek niestety okazał się dla mnie za niski. Czapka uszatka
zamortyzowała co prawda uderzenie, ale guz na głowie zrobił się
dość pokaźnych rozmiarów. Ale co tam. Do wesela nie będzie śladu
pomyślałem. Weszliśmy dalej. Zapach świeżego drzewa rozchodził się
po wszystkich zakamarkach moich nozdrzy. Przy długim stole na
wprost drzwi siedziały trzy osoby. Chorąży rozkazał nam je
sprawdzić. Sam począł sprawdzać książkę meldunkową i wypytywać o
coś człowieka który nas zaprosił do środka. Podszedłem do
pierwszej osoby z brzegu. Była to dosyć młoda kobieta. Poprosiłem
o dowód osobisty. Kobieta z lekkim zakłopotaniem sięgnęła do
torebki. Drżącą ręką podała mi dokument.
Wtedy nie przyszło mi nawet do głowy, że oto sprawdzam kobietę,
która za kilka lat będzie moja bratową. Urszula Madejak - tak się
nazywała była studentką Politechniki Łódzkiej. Przyjechała
przedwczoraj z rodzicami, którymi w tej chwili zajmował się
właśnie mój kolega. Chciałem mieć jej adres. Mogłem spisać z
dowodu, ale poprosiłem ją aby mi sama napisała. Bez żadnych
kłopotów wpisała wszystkie potrzebne mi dane do kartki którą jej
podałem. W tym samym czasie człowiek który nas witał przed
schroniskiem (jak się okazało był to gospodarz) usilnie namawiał
naszego chorążego byśmy zostali na kolacji. - Wszakże że to
wieczór wigilijny i nie przystoi odmawiać – nalegał. Niestety.
Chorąży był nieubłagany. Podzieliliśmy się tylko opłatkiem i po
chwili wyszliśmy na zewnątrz. Zupełnie już ciemno. Ostatnie
pożegnania i ruszamy dalej. Nie ukrywałem, że miałem wielką ochotę
zostać. Ale cóż mogłem zrobić? Nic. Mus to mus. Służba nie drużba.
Po kilku metrach wchodzimy do lasu. Możemy obejść się bez latarek.
|
 |
Darowane przez księżyc światło wystarczało nam w zupełności. Robi
się coraz bardziej pod górę. Nie przywykłe do noszenia broni ramię
daje znać o sobie. Przekładam na drugie. Po chwili drugie ramie
już też boli. A tu coraz bardziej robi się stromo. W dole słychać
szum wody. To pobliski potok kolędy śpiewa - pomyślałem. U nas w
domu też był zwyczaj śpiewania kolęd po kolacji wigilijnej. A sama
kolacja? Ileż to czasu trzeba było poświecić na jej przygotowanie.
Pamiętam jak matka kładła na stół siano pod obrus a na nim chleb.
Pod obrus kładła złotówkę na szczęście, aby przez cały rok
pieniądze trzymały się domowników. W kąt pokoju w którym odbywała
się wieczerza ustawiano snop prostej słomy. Z pojawieniem się
pierwszej gwiazdki na niebie rozpoczynano kolacje wspólną
modlitwą, poczym dzielono się opłatkiem składając sobie życzenia.
W kolacji zawsze powinna brać udział parzysta ilość osób. W
przeciwnym wypadku sądzono, że ktoś z biesiadników umrze w tym
roku. Również zwierzęta miały swój udział w kolacji. Ale tylko te
które według biblii były przy narodzinach Jezusa. Resztki ze stołu
dodawano do ich pożywienia dołączając opłatek. Ponoć w wieczór
wigilijny zwierzęta te mówią ludzkim głosem. Jako dziecko zawsze
marzyłem żeby móc porozmawiać z jakiś zwierzęciem. I oto dzisiaj
nadarza się niebywała okazja. Brnąc w brzasku księżyca przez
bukową krainę nasłuchuje różnych dźwięków wydobywających się
zewsząd. Ale tylko potok w dole i wtórujący mu z cicha wiatr
nuciły sobie tylko znaną kolędę. Pochylony lekko do przodu
pokonuje kolejne schody mojej wspinaczki. Nawet nie zauważyłem, że
zostałem lekko z tyłu. Musimy korzystać z latarek. Zabłąkane
chmury przysłoniły świecący do tej pory księżyc. Weszliśmy na
bardziej płaski teren. Chorąży widząc mnie z tyłu zarządził krótki
odpoczynek. Zapytał jak tam mi się idzie. Po czym dodał że już
niedaleko do granicy lasu. Ruszamy dalej. Tym razem idę pierwszy
trzymając się udeptanej w śniegu ścieżki. Przez kilka dni nie
padało, więc widać ją bardzo dobrze. Im bardziej podchodzimy wyżej
tym głośniejszy staje się śpiew wiatru. Drzewa już rzedną. Potok
został gdzieś z tyłu. Broń już nie na ramieniu tylko niedbale
przewieszona przez szyje. Czapka w ręku. Z czoła znikają krople
potu. Wiatr staje się bardziej dokuczliwy. Wychodzimy na rozległy
teren pokryty białym puchem. Zakładam czapkę a na nią kaptur
maskownicy. Idziemy dalej. Schodzimy teraz lekko w dół. Przed nami
w świetle księżyca wyłania się grzbiet Wielkiej Rawki który
osiągamy w 35 minut.
Przy punkcie triangulacyjnym zatrzymujemy się na kilka minut.
Schodzę lekko niżej chowając się przed wiatrem. Chorąży melduje
się przez radio do dyżurnego operacyjnego. O dziwo nawet udało się
za pierwszym razem. Podaję naszą pozycję, składa meldunek
identyfikacyjny naszego patrolu oraz podaje krótką charakterystykę
zdarzeń zaistniałych do tej pory, kończąc słowami że nic
szczególnego nie zaszło. Po kilku minutach idziemy dalej na
południe. Dochodzimy do pasa granicznego. Poprzewracane słupy
robią niezbyt przyzwoite wrażenie. Fragmenty drutu kolczastego
niedbale poukładane po tamtej stronie.. Skręcamy bardziej na
zachód. Schodzimy mocno w dół by po kilkunastu minutach znów
podchodzić pod górę. Niebawem znaleźliśmy się w miejscu gdzie
schodzą się trzy granice. Niby takie same a jakże inne. Za każdą z
nich inna historia. Inne obyczaje. Inny w końcu język. Jedynym
wspólnym elementem jest kamień pośrodku niewielkiej polanki przy
którym urządzamy nasz stół wigilijny. Plecaki i mapnik dowódcy
posłużyły nam za blat na którym każdy z nas położył to co
przyniósł w plecaku. Oprócz służbowego przydziału konserw rybnych
i chleba miałem jeszcze opłatek przysłany w paczce od Matki. I
jeszcze coś, czym nie miałem śmiałości się pochwalić. Przedwczoraj
za podwózkę pewnego oficerka do Tarnawy, dostałem ćwiartkową
piersiówkę węgierskiego rumu. Miałem pewne obawy. Nie znałem
chorążego, nie wiedziałem jak się zachowa.
Przecież to w końcu stan wojenny a my na służbie jak by nie było.
Ale co tam pomyślałem. Przecież dziś dzień szczególny a i miejsce
też szczególne. Trafiłem w dobrym momencie. Ale najpierw jak
tradycja karze, trzeba było podzielić się opłatkiem. Chorąży
troszkę zdziwiony obrotem sprawy ale nie oponował. Wymieniliśmy
życzenia i zasiedliśmy do wigilijnej wieczerzy. Rumem w korku od
piersiówki wznosiliśmy toasty, życząc sobie nawzajem spełnienia
naszych marzeń. A o czym marzyliśmy wtedy?
Kiedy dziś siadam z rodzinną do wigilijnego stołu, wyblakłe od
wielu lat barwy ożywiają się, zatarte i rozwiane obrazy z przed
dwudziestu lat stają przede mną w swej dawnej postaci. Wydaje mi
się przez chwilę, że życie w ciągu minionego czasu nie ukazywało
mi w dali widm nieuchwytnych by uciec przed zbliżeniem do tamtej
rzeczywistości, że nie obdarło mnie ze złudzeń młodości, nie
nakarmiło goryczą zawodów i rozczarowań. Nie poorało zmarszczkami,
nie przyprószyło włosów siwizną. Ileż wspomnień niesie ten dzień,
który również koi nasze bóle i troski codzienne. Przynosi nadzieje
na realizacje wigilijnych marzeń. Tak tych samych marzeń, które
nie opuszczały dwadzieścia kilka lat temu trzech pograczników
przemierzających w wigilijny wieczór bezdroża bieszczadzkich
ostępów dzieląc się opłatkiem z bieszczadzkimi duszkami.
Nadchodzące Święta Bożego Narodzenia
niosą ze sobą wiele radości oraz refleksji dotyczących minionego
okresu i planów na nadchodzący Nowy Rok.
W tych wyjątkowych dniach chcę Wam wszystkim życzyć wiele
zadowolenia i sukcesów z podjętych wyzwań, a gwiazdka Betlejemska
niech Was bezpiecznie prowadzi po bieszczadzkich szlakach.
Wigilia
Karp łypie na mnie okiem
bez mrugnięcia powiek
i znowu -jak dawniej -
wigilia na Ogrodowej
Choinka cała świerkowa
a uszka w barszczu zasłuchane
chude gołąbki z grzybami
skrzydła złożyły na amen
Czekamy że ojciec zanuci
\"Wśród nocnej ciszy\"
Lecz głos się nie rozchodzi
tylko ta cisza tak krzyczy
O północy kot z kulawym psem
gadają u sąsiadów od rzeczy
że wpadłem tu jak śliwka w kompot
a na rzece lód cienki trzeszczy
A. Ziemianin
Wiktor Biernacki - Viki