Sylwester wg Hero
Czwarta nad ranem... czwarta nad ranem... telefon z hukiem zaczął
przemieszczać się po półce szafki, wydając przy tym coraz częstsze i
głośniejsze piski. Szybko go wyłączyłem i już nieco mniej szybko
przystąpiłem do czynności porannych, jakie to zwykle się rano
wykonuje. Jeszcze tylko krótki spacer z psem i w drogę. Na zewnątrz
przyjemny, orzeźwiający chłód, nic nie pada, wiatru nie ma. Nie ma
też mgły, która poprzedniego wieczora zjawiła się niezapowiedziana,
jakby tylko chciała spytać „co słychać ?”
Poszedłem po samochód do garażu. Kilkuminutowy spacer obudził mnie
do końca. Wszystko co miałem zabrać spakowane zostało dzień
wcześniej, samochód zatankowany, umyty i gotowy, wszystko
posprawdzane, jak przed wyprawą na koniec świata.

Hero i Jagna |
Pierwszy cel: Warszawa. O godzinie szóstej mam odebrać Jagnę, z
którą umówiłem się przy Rotundzie PKO. Jagna przyjechała do stolicy
dzień wcześniej i zanocowała u kolegi, który ją odwiózł do centrum.
Jako, że nie było korków, dotarłem znacznie wcześniej, ale Jagna też
się postarała i już o piątej czterdzieści pięć wyruszyliśmy w dalszą
drogę.
Następny cel: Lublin i spotkanie z Jovanką, Kobietą_Bieszczadzką
(dla mojej wygody zwanej dalej „KB”) i resztą ekipy. Przed nami
jakieś 150 km, pudło jagienkowej gitary postukuje na wybojach za
naszymi plecami....
Koncepcja wspólnego spędzenia nocy sylwestrowej narodziła się w
pierwszej połowie września, a ujrzała światło dzienne na spotkaniu w
Rzeszowie dnia 11 września. I tak to się zaczęło. Temat jest na
forum, jak ktoś chce to przeczyta. Ustalenie miejsca zajęło kilka
postów a termin... był raczej ogólnie znany, zaakceptowany.
|
Od lewej: Tutka, Jagna, KB i Jovanka |
Lublin, telefon do KB z prośbą o podanie miejsca spotkania, w celu,
jak to było w pierwotnym planie, przejęcia do naszego wozu Jovanki.
Jednak dziewczyny nie miały aż tak strasznego obłożenia w swym dużym
pojeździe, żeby Jovi się nie zmieściła, więc już miała pojechać z
nimi aż do celu. Niemniej jednak, postanowiliśmy się spotkać.
Spotkanie wypadło na stacji benzynowej pewnego koncernu naftowego po
trzykroć fortunnie, gdyż po pierwsze w końcu poznałem owe miłe
panie, po drugie kilkaset metrów wcześniej skończył mi się gaz, a po
trzecie to ja na tej stacji tankowałem jadąc pierwszy raz
samodzielnie w Bieszczady (ot takie małe, przyziemne, osobiste
wspomnienie). Spotkanie zaowocowało poniższym zdjęciem,
zatankowaniem aut i zjedzeniem kanapki przeze mnie.
|

Ewa, Hero, Jagna |
Kolejny cel: Rzeszów. Kilometry pod kołami mojego starego Poloneza
przepływały niezbyt szybko. W umówionym miejscu zjawiliśmy się z
Jagną około godziny 10.50. Miejsce to jest zarazem miejscem
zaokrętowania na mój czerwony krążownik szos kolejnej przemiłej
młodej osoby, jaką jest Ewa Natta. Ze stacji PKP odebrał ją (gdyż
Ewa przyjechała do nas z Krakowa) miłościwie nam panujący admin
serwisu na którego stronie właśnie się mili państwo znajdujecie –
Jaro. Tu ukłony w jego stronę i podziękowania za umieszczenie tego
nudnego tekstu w swoim serwisie. W dalszą drogę ruszyliśmy
około godziny 11.30, po krótkim postoju w barze (na kawie, żeby nie
było). Kolejny cel: Ustrzyki Górne. Jeszcze wtedy nie wiedziałem jak
mi będzie żal, że Ewa i Jagna nie spędzą tej jedynej nocy (tzn.
imprezy, tak dla ścisłości) w roku ze mną i resztą towarzystwa w
Ustrzykach, tylko w Wetlinie.
Nastepny cel: Ustrzyki Górne, czyli od Rzeszowa jakieś sto
sześćdziesiąt kilometrów, ale biorąc pod uwagę towarzystwo w jakim
podróżowałem wolałbym, żeby to było nawet tysiąc kilometrów. Po
drodze tankowanie w Lesku. Przerwa na rozprostowanie kości. Jedziemy
dalej. Ustrzyki Górne, wypatrzyłem moją kwaterę i zarazem miejsce
imprezy, jednak dziewczęta trzeba odstawić do bacy do Wetliny.
|
Rawki |
Droga stała się
pasjonująca. Pochłania całą moją uwagę. Czułem presję z jej strony i
dyskomfort, a to ze względu na śliską nawierzchnię. Jechałem tak
ostrożnie, że dziewczyny przysypiały na przemian, lecz w końcu na
serpentynach samochód stanął: koła kręcą się w miejscu i jechać
dalej nie chce. Podejmujemy decyzję: zakładamy łańcuchy. W naszym
bólu nie jesteśmy jednak osamotnieni, nieco wyżej stoją jeszcze dwa
inne samochody (w tym jeden terenowy), których kierowcy w
przeciwieństwie do mnie nie przećwiczyli zakładania łańcuchów w
garażu i teraz wertowali instrukcje ich obsługi. Korzystając z
chwili postoju robimy poniższe zdjęcie. Łańcuchy założone, ruszamy,
jedziemy, dojeżdżamy. Zatrzymujemy się kilkakrotnie poprawić
łańcuchy, od których wydobywały się jakieś stuki, ale w końcu
dowiozłem miłe mi już teraz osoby do celu. Tu się z nimi pożegnałem
i wróciłem do Ustrzyk Już bez łańcuchów, bez zbędnego marnowania
czasu. Po drodze podwiozłem kawałek jakiegoś turystę z Poznania
wybierającego się na nocleg do Koliby. Zawsze mam wyrzuty sumienia,
gdy nie zatrzymuje się ludziom potrzebującym w Bieszczadach
transportu.
Wróciłem do Górnych. Do
zajazdu „Pod Caryńską”. Właściciel, Pan Leszek stał na schodach,
zupełnie jakby na mnie czekał.
Z
załatwieniem noclegu było troszkę problemów. Na początku listopada
obdzwoniłem wszystko w Ustrzykach Górnych i albo wszystkie miejsca
były zajęte, albo ceny były oderwane od rzeczywistości. W końcu
Manio, znający Pana Leszka już chyba od kilku ładnych lat załatwił
mi nocleg w „mariocie”. Ów „mariot” to mały, osobny domek, stojący
gdzieś za zajazdem, bez ogrzewania i innych luksusów. No ale cóż,
jak nie było innego wyboru to trzeba mi było wziąć i to. Poza mną
miały tam być jeszcze dwie osoby.
Po formalnościach
przywitalnych Pan Leszek oznajmił, że grupa osób zrezygnowała z
gościny u Niego, zwolniły się pokoje, w związku z czym mieszkańcy z
„mariotu” zostali przeniesieni na piętro zajazdu, do normalnego
pokoju.
Zaniosłem swoje rzeczy
na górę i pełen entuzjazmu postanowiłem coś zjeść, wypić, odpocząć
po podróży i zorientować się, czy już ktoś jest. Zszedłem na dół,
zamówiłem piwo (dobre) i coś do jedzenia (też dobre). Oprócz mnie w
pomieszczeniu było jeszcze kilka osób. Chyba byłem pierwszy, więc
postanowiłem napisać SMSa do Tarniny w celu ustalenia pewnych
faktów. Sytuacja była co najmniej zabawna, gdyż wymieniając z
Tarniną SMSy słyszałem, jak człowiek siedzący za moimi plecami
rozmawia o mnie z Maniem „- tak, podobno już jest, ale już pewnie
tam gdzieś śpi dawno...”. No nie wytrzymałem i chwilę potem znałem
już Zulusa i Dorotę, znajomych Tarniny i Mania. Minęło
kilka piw, zanim Manio i Tarnina dołączyli do nas. Kontynuowaliśmy. Tego
samego dnia do naszej już rozweselonej gromady dołączył Paweł
(„Cukiereczek”) z Basią. Paweł dysponując bębenkami reprezentował
perkusyjną część powstającego zespołu. Dojechał także Czaku,
znakomity gitarzysta, który podobnie jak Manio, Zulus, a później
Jagna i Darb swoją grą na gitarach wywołali u mnie chęć nauczenia
się tej chyba nieziemsko trudnej i skomplikowanej sztuki. W między czasie dotarli
znajomi Mania, Monika i Rafał, bardzo fajni mili ludzie. Impreza rozkręciła się na
dobre i zamieniła w swojego rodzaju próbną imprezę sylwestrową.
Kilkakrotnie dosiadał się do nas jeden z synów Pana Leszka, czym
bardzo ograniczył moją percepcję, a to dlatego, że nie dosiadał się
nigdy z pustymi rękoma.
Nadszedł moment, w którym mój wewnętrzny głos uświadomił, iż to
ostatnia chwila, kiedy dam radę o własnych siłach wejść na górę i
położyć się spać. Z niewypowiedzianym wprost żalem opuściłem ten
przyjazny lokal, tak przyjazny, że w ukryte przede mną drzwi
trafiłem dopiero za drugim, bądź też trzecim razem. To co było potem
pamiętam już tylko z kilku zdjęć które chyba zrobiłem w ramach
odruchów.
Wieść gminna niesie, że
byłem pod koniec imprezy, czyli między godzina czwartą i piątą
budzony na klinika z piwa, lecz ja tego nie pamiętam. No ale chyba
tyle osób na raz by mnie nie oszukiwało.
Nadszedł następny
dzień. Nie powiem, żebym obudził się w pełni sił witalnych. Wręcz
odwrotnie, czułem się jak potłuczony. Co prawda bolała mnie tylko
głowa, a sama myśl o napojach specjalnego przeznaczenia napełniała
mnie odrazą. Pech chciał, że obudziłem się jako pierwszy, więc przez
kilka godzin na przemian próbowałem zasnąć, co znakomicie utrudniał
mi chrapiący donoście Cukiereczek, oraz snułem się po lokalu i
najbliższej okolicy. W końcu zdecydowałem się na śniadanie i
popijając na przemian kawę i herbatę zjadłem jakże nie bieszczadzką
zapiekankę.
Dzień powoli dotarł do
południa, towarzysze wczorajszej zabawy powoli zaczęli wstawać i
potupawszy trochę w swoich pokojach i łazienkach (siedziałem na
dole, w barze) schodzili na dół, co oznaczało, że została przez nich
osiągnięta pełna gotowość do kontynuowania zabawy. We wczesnych
godzinach popołudniowych do wesołej gromady dołączyła Astra, której
zdjęcia nie ma, bo zabroniła. Zawitała najpierw do baru, gdzie
streściłem jej to co pamiętałem z dnia wczorajszego, po czym
udaliśmy się do pokoju, gdzie Astra zaserwowała nam drinka z dwóch
mocnych trunków przywiezionych przez nią z dalekich krajów, z
Francji konkretnie. Mocno zdegustowany po poprzednim wieczorze
jedynie spróbowałem owego specyfiku i przekazałem moja porcję osobą
bardziej potrzebującym, ot chwilę dobroci miałem.
|

Darb nie dawał odpocząć gitarze

Baranek |
Minęło kilka dalszy piw i innych wynalazków. Za oknem znowu zrobiło
się ciemno. A do Ustrzyk zawitała grupa z Wetliny. KB i jej
koleżanki podobno nie dotarły dalej niż do baru, gdzie urzeczone
mnogością pozycji w menu zajęły się konsumpcją, a pozostałe osoby,
czyli Ewa, Jagna, Jovanka i Darb odmarzali u nas w pokoju. W
tym miejscu chciałbym wyrazić słowa szczerego uznania dla Jovanki,
która nie dość, że wykazała się ogromnym poświęceniem i
determinacją, aby po raz drugi w życiu odpowiedzieć na wzywający
głos Bieszczad, to jeszcze, jak to określiła któraś z pozostałych
dziewczyn „...ale nas przegoniła po Caryńskiej”. Nie było jednak nam
dane biesiadować wspólnie zbyt długo. Po pierwsze dlatego, że zaraz
po wykonanej przez Darba pieśni wyruszyliśmy na kulig, a po drugie
ich impreza czekała w Wetlinie. Zdołaliśmy wyegzekwować obietnicę,
ze przyjadą do nas w Nowy Rok, po czym udaliśmy się na kulig.
Do baranka wielki kocioł grzanego wina. Miła
atmosfera, zimno, trzeba było wracać. Część osób wróciła
samochodami, im się kulig nie liczy wcale, bo nie jechali tak jak
trzeba. Poza tym Astra zgubiła zatyczkę od obiektywu aparatu, a
Manio kluczyki od samochodu, przez co posmutniał widocznie, ale
postanowił nie przejmować się już w tym roku.
Wróciliśmy do
zajazdu. We właściwym czasie zebraliśmy się znowu w barze,
gdzie przy dźwiękach gitar, bębenków i flecika wspólnymi
siłami staraliśmy się śpiewać. Piosenki górskie, turystyczne
i pozostałe wychodziły całkiem nieźle, przeszliśmy także na
szanty, a wśród nich „Morskie opowieści”, przy tych
ostatnich jednak ogół imprezy śpiewał tylko refreny, a
zwrotkami zajął cię chłopak z sąsiedniej, że tak napisze
imprezy, którego donośny głos nie miał sobie równych.
„Morskie opowieści” zakończył Manio zwrotką, w której było
coś o waleniu kapitana i jechaniu w góry, po czym
kolektywnie uznaliśmy, że pora przenieść się na dół i
troszkę potańczyć. Nie oznaczało to jednak wcale obniżenia się poziomu, wręcz
przeciwnie, zabawa na dole była równie udana jak na górze. Manio
zaprosił mnie do degustacji lokalnej specjalności o wdzięcznej
nazwie „Lublinianka”. Nie będę zdradzał co to jest, ale radzę
spróbować.
Tańce, hulanka i tak dalej. Tuż przed północą wszyscy wylegli na
dwór, aby tam z hukiem odpalić fajerwerki, szampany i życzyć
wszystkiego najlepszego komu popadnie. Moc życzeń, mała strzelanina,
masa szampana (głównie wina musującego, no ale co tam...) i powrót
na imprezę. Tuż po północy, bo po piętnastu minutach nowego roku
wziąłem czynny udział w odprowadzeniu i ułożeniu do spanie pierwszej
osoby. Trudy dnia sprawiły, że po następnej godzinie zabawy kolejno
odprowadzałem kilka osób. Celowo nie wymieniam kogo i gdzie i w
jakich okolicznościach, bo nie za bardzo pamiętam a i co do czasu
też mam pewne wątpliwości. Mimo najszczerszych chęci pozostania na
kończącej się zabawie odszedłem w końcu i ja, głównie ze zmęczenia i
przez ryzyko upicia się znalezionymi szampanami, które stały
samotne, opuszczone, proszące o opiekę.
Nowy rok przywitał mnie ciszą (chrapanie współbiesiadników już się
do niej zaliczało). O dziwo czułem się nawet nie źle, biorąc pod
uwagę wydarzenia z nocy. Nie bolała ani głowa, ani wnętrzności nie
wykazywały oznak zmęczenia. Broniąc się od samego rana przed atakami
ze strony kolegów i koleżanek podających mi różne szklanki, kubki,
kieliszki i inne miski wypełnione napojami specjalnego
przeznaczenia.
Całkiem zdrów na ciele i umyśle (jak na zaistniałe okoliczności)
około godziny dziesiątej wyruszyliśmy z Astrą, której godzinny pobyt
stał się pobytem niemal całodobowym, do Ustrzyk Dolnych gdzie
znajdowali się jej znajomi. Wróciłem sobie spokojnie do Górnych i
unikając upicia mnie przez pozostałych imprezowiczów osiadłem w
barze, gdzie przeczekałem do skoków transmitowanych w telewizji. Po
drodze do baru pożegnałem się z opuszczającymi nas już Moniką i
Rafałem. W między czasie Manio odnalazł zgubę co w widoczny sposób
odbiło się na jego i tarniny humorze. Mimo, że dzień był jeszcze
młody to niektórzy zdążyli zaliczyć już poranną zwałkę. Ja się
oszczędzałem biorąc pod uwagę, że następnego dnia miała czekać mnie
daleka droga do domu, poza tym miałem nadzieję pobawić się jeszcze
wieczorem. Po południu dołączyli do nas ponownie Jagna, Ewa i
Darb. Wkrótce nastał wieczór i rozpoczęła się kolejna impreza. Nasi
muzycy jednak grali jakoś tak niepewnie, a to dlatego, że brakowało
im dźwięków flecika Astry. Wszystko było jasne, albo ktoś pojedzie
po Astrę do Ustrzyk Dolnych, albo imprezy nie będzie, a przynajmniej
nie będzie taka jak potrzeba. Darb chcąc nie chcąc, jednak z
entuzjazmem wsiadł w swój czcigodny automobil i wraz z kilkoma
osobami pojechali. Na posterunku wraz z Ewą raczyliśmy się
powolutku winem, lecz wkrótce zaniepokojeni o losy naszych
przyjaciół, którzy długo nie wracali postanowiliśmy dowiedzieć się
co się stało. Wiadomość była dla nas jak grom z jasnego nieba.
Mianowicie po odebraniu Astry, już w drodze powrotnej, samochód
postanowił nie jechać, mieć wszystko w wydechu i się zatrzymał,
oznajmiając swoją postawę zapachem azbestu pieczonego na tarczy
sprzęgła. Poruszenie było niesamowite. Pan Leszek wertował książkę
telefoniczną w poszukiwaniu kogoś lub czegoś pomocnego. Ja mocno już
"znietrzeźwiony" byłem gotów oddać własne auto, aby tylko ktoś trzeźwy
po nich pojechał, ale zanim się zorientowałem był znaleziony już
prawie zdolny do jazdy kierowca, wyszukany przez Ewę, samochód był
już odpalony i miał już jechać, gdy ktoś krzyknął: „już nie trzeba,
złapali okazję”. Okazja wieczorem w nowy rok ? Bzdura, to nie mogło
być możliwe. Dziewczyny niczym kolędnicy chodziły od domu do domu w
poszukiwaniu transportu, aż w końcu trafiły do domu, w którym
dostały namiary na człowieka z busem. Za opłatą wszyscy zostali
przywiezieni do zajazdu, a samochód Darba został tam, gdzie się
zatrzymał. Impreza trwała w najlepsze. Tym razem nie spasowałem
pierwszy, chociaż też wcześnie opuściłem imprezę. Po dokonaniu
wszelkich niezbędnych czynności poszedłem spać. Drugi stycznia
przywitał mnie dźwiękiem przejeżdżającego autobusu. Znowu obudziłem
się pierwszy. Minuty upływały powoli i leniwie, co tym razem mi nie
przeszkadzało. Zawsze marudzę, że czas wolno leci, ale nie w
Bieszczadach. Gdy wszyscy już wrócili do siebie ponownie spotkaliśmy
się w barze. To była niedziela, dzień wyjazdów, który upływał w
błogiej abstynencji i atmosferze wymiany wypitego alkoholu ponownie
na krew. Moje zdziwienie było sporo, gdyż wszyscy poza nielicznymi
jednostkami byli rześcy i uśmiechnięci, jeśli nie liczyć smutku
wynikającego z konieczności wyjazdu i rozstania się. Towarzystwo
zaczęło się rozchodzić. Padał śnieg. Chyba każdy, kto tylko mógł
odbył krótszy lub dłuższy spacer. To co nastąpiło potem zdecydowanie
najmniej mi się podobało, bo to były pożegnania. Jak ja nie lubię
pożegnań ! No ale cóż. Taka kolej rzeczy, jest czas powitań, musi
być czas pożegnań.
Z
naszej wesołej, rozśpiewanej i zgranej ekipy została w zajeździe
tylko trójka: Ewa, Jagna i ja. Dziewczyny siedziały przy poobiednim
piwku a ja się opychałem nadal. Wtem otworzyły się drzwi. Powiało
chłodem i nie tylko dlatego, że siedziałem najbliżej drzwi, ale
dlatego, że weszli dwaj policjanci. Moja pierwszą myślą było: ”to w
UG jest policja?”, a drugą: „Pewnie chłopaki przyszli coś zjeść,
wypić...” Tą druga myśl potwierdziłoby podejście policjantów do
baru, po czym skierowali się w naszą stronę. Wyglądało, że zaraz się
przysiądą ale chodziło im o coś zupełnie innego. „Czy to wasz
samochód stoi [gdzieś tam]?” spytał jeden z miłych panów w świecącej
na seledynowo plastikowej kamizelce. Zanim zdążyłem cokolwiek
odpowiedzieć Jagna wyjaśniła w czym, rzecz, że nie nasz, tylko
znajomego, że nie stoi tylko się zepsuł. Po czym dowiedzieliśmy się,
że już go tam nie ma, bo jest na policyjnym parkingu w Ustrzykach
Dolnych. Samochód w swej przewrotności popsuł się w takim miejscu,
że został zostawiony we wjeździe do mleczarni, czy coś takiego i się
mleczarz nie mógł ciężarowym samochodem przecisnąć obok niego.
Wykonaliśmy telefon do Darba, który jeszcze nie dojechał na miejsce
spoczynku swojego auta, przekazaliśmy co trzeba, Jagna została
pierwszy raz w życiu spisana. Ze względów cenzuralnych nie zacytuję
co potem powiedziała, ale wszyscy w barze na pewno słyszeli
(policjanci już poszli bo jakby słyszeli to by Jagienkę za obrazę
moralności spisali drugi raz).
|

Jagna i Ewa |
Po obiadku wyruszyliśmy w drogę do domu. Tuż przed odjazdem jeszcze
jedno zdjęcie.
Z Ewą pożegnaliśmy się w Rzeszowie na stacji PKP. Jej miejsce zajął
Darb, który zrelacjonował nam przebieg wypadków – wszystko dobrze
się skończyło. Droga zawiodła nas przez pół Polski do Warszawy, skąd
wyposażony w dwie konserwy z zupą chmielową udałem się do domu. Po
powrocie opróżniłem puszki i poszedłem spać przeżywając na nowo
każdą z cudownie spędzonych chwil.
Na zakończenie chciałbym podziękować wszystkim, z którymi spędziłem
te kilka dni. Dziękuję za wspólną zabawę, za wspólne picie, muzykom
dziękuję za granie, śpiewanie i wywołanie u mnie chęci nauczenia się
grania na gitarze, gospodarzom za gościnę, dobre jedzenie i dobre
picie. Mam nadzieję, że za rok znowu się spotkamy.
Zobacz też:
Spotkania
biesołazów