Ukryta twierdza
odnalazł studnię zdrajców, bunkier i...
Autor: Dorota Mękarska
Turyści, których Marek Bajda obwozi po Bieszczadach, słuchają go z otwartymi ustami. Bunkry, Hryń, Chryszczata, -to wszystko brzmi tak tajemniczo. Nie zastanawiają się, czy są to "bajdy pana Bajdy", czy opowieści, pod którymi podpisaliby się historycy. Wyjeżdżają z Bieszczadów w przekonaniu, że zetknęli się z wielką przygodą.
Historia powojennych walk w Bieszczadach zafascynowała go jeszcze w wieku młodzieńczym. Wszystko przez
Jana Gerharda "Łuny w Bieszczadach". -Nie interesują mnie opinie przeciwników i zwolenników tej kontrowersyjnej książki -twierdzi sanoczanin Marek Bajda. On ją po prostu lubi. Ma w domu jej trzy wydania.
Hak został
O studni zdrajców usłyszał kilka lat temu i postanowił ją odnaleźć. Związana jest z nią przerażająca historia. Według relacji miejscowych ludzi, studnia była w Woli Michowej. Zyskała złą sławę, ponieważ na drzewie, które nad
nią rosło ludzie Hrynia wieszali podejrzewanych o zdradę. Po egzekucji odcinano zwłoki które wpadały wprost do wody. Czasami żywych ludzi wieszano na szlaku, a potem odcinano i wrzucano do studni. Nie mieli żadnych szans by wydostać się stamtąd. Znalezienie studni nie było łatwe. Dzisiejsi mieszkańcy Woli Michowej albo o niej nie wiedzieli , albo nie chcieli pamiętać. Aż wreszcie Bajda spotkał byłego mieszkańca wioski, który zgodził się wskazać miejsce. Jemu po wojnie wymordowano w Woli Michowej całą rodzinę. Tylko on i jego ojciec zdołali ujść z życiem.
Na miejscu okazało się, że pamiętne drzewo powalono, gdyż przyciągało pioruny. Wciąż jednak wbity był w nie hak, na którym wieszano ludzi. Zachowały się resztki studni, przysypane ziemią. Bajda oczyścił to miejsce.
Podziemny szpital
- Nie jestem ani urzędnikiem, ani historykiem. Jestem amatorem poszukiwaczem i może dlatego ludzie, którzy kiedyś uczestniczyli w tych wydarzeniach, przekazują mi informacje, bardziej się przede mną otwierają -mówi. Od pewnej starszej kobiety, która miała przebywać w podziemnym szpitalu Hrynia, dowiedział się o istnieniu lazaretu. - Hryń musiał mieć szpital -uważa. -W szczytowym okresie jego sotnia liczyła blisko 200 ludzi. Musiał gdzieś opatrywać rannych.
Zaczął rozglądać się za szpitalem na Chryszczatej, gdzie zawsze lokalizowano legendarną bazę UPA, ale był to błędny trop.
-Zacząłem myśleć gdzie umiejscowiłbym szpital, gdybym był na miejscu Hrynia. Wydedukowałem, w oparciu o dostępne mi informacje, że szpital był w rejonie Magurycznego. Wierzę, że tam go znajdę.
Dlaczego akurat tam? -To był rejon najbardziej niedostępny. Oddalony od istniejących wtedy dróg, nieprzejezdny dla ciężkiego sprzętu wojskowego. Nawet dzisiaj w to miejsce można dojechać tylko samochodem terenowym -tłumaczy.
Przypuszcza nawet, jak ów szpital wyglądał. Wejście do niego było zamaskowane. Może to były pnie drzew, które na zawiasach podnosiły się jak drzwi. Szpital był prawdopodobnie wyposażony w prymitywną instalację wodną. Mówi sie też o agregacie prądotwórczym. Dym z palenisk odprowadzano wydrążonymi w środku drzewami. Aby z zewnątrz nie było widać dymu, w szpitalu używano palenisk tylko wtedy, gdy góry czadziły.
-Jestem już praktycznie u wrót tego szpitala -twierdzi Bajda. -Zacząłem kopać już w listopadzie (2000r.), ale zima mnie wygoniła. Trafiłem na zawalone stropy i kawałki blachy. Są jeszcze widoczne resztki kominów, które wyglądają jak rozszczepione przez pioruny drzewa. Odkopałem kilof i kilka drobiazgów. Z wiosną zacząłem na nowo szukać.
Miasto Hrynia
Szuka nie tylko szpitala, ale również całego systemu umocnień, które - jak wierzy - znajdują się na Magurycznem. Stanowiło ono zaplecze dla sotni Hrynia i Stiacha. -Ta ostatnia wyłoniła się z sotni Hrynia. Obydwie działały niezależnie, ale czasami konsolidowały swoje siły.
-W 45 czy 46 roku była bardzo sroga zima -przypomina Bajda. -Sotnia przez dwa tygodnie nie wychodziła z ukrycia. Z tego można wnioskować, że ukrywała się w doskonale przystosowanych i zaopatrzonych umocnieniach.
Umocnienia miały składać się z głównej bazy i pierścienia bunkrów ochronnych oddalonych od "podziemnego miasta" o około 2km. Na jeden z bunkrów ochronnych Bajda już trafił. Jest to bunkier-kretowisko, wydrążony w skale. Natknąłem się na niego, gdy szukałem "podziemnego miasta". Doszedłem do wniosku, że do głównego systemu umocnień musiały prowadzić jakieś drogi. Ale jakie? Odpowiedź jest prosta. To potoki, którymi można było przemieszczać się i w lecie, i w zimie nie pozostawiając śladów. Potokami przywożono zaopatrzenie i transportowano rannych. Przecież nie noszono ich na rękach. Służyły do tego furmanki, które mieściły się w szerokich korytach potoków.
Bajda, idąc za tą koncepcją, penetrował strumienie jeden po drugim. Tak trafił do bunkra obronnego, a potem jak mu się wydaje na szpital.
Bunkry obronne broniły wejść do głównej bazy. Bajda opisuje, jak ona wyglądała: w skład umocnień wchodziło pomieszczenie mieszkalne dla 200 ludzi, wozownia, stajnia dla kilkudziesięciu koni, prymitywny młyn, wędzarnia, szwalnia, warsztat szewski, i oczywiście, zbrojownia.-To nie bajki. W Polsce żyją jeszcze ludzie, którzy rozminowywali te umocnienia. Opowiadali, co widzieli. Sotnia Hrynia była jedną z najlepiej zorganizowanych w UPA. Było w niej wielu ludzi. Przecież trzeba było ich gdzieś ukryć, wyżywić i ubrać -podkreśla.
Nie łudzi się, że znajdzie bunkry w stanie takim, w jakim wybudował je Hryń. -Zostały albo wysadzone przez UPA, albo zniszczone przez polskie wojsko. Ale mam nadzieję, że znajdę coś, co będzie świadczyło o tym, że miałem rację. Poświęciłem już na to 30 lat.
Reportaże