Szachy pod wodą
Autor: Bartosz
Bącal
G.C. Nowiny 17-18 września 2004
Kciuk wyciągnięty ku górze oznacza wypływamy. Skierowany w dół -
schodzimy głębiej. Kółeczko z dwóch palców - jest O.K. Wskazujący
za siebie - niebezpieczeństwo. Kant dłoni skierowany na własną
krtań - brakuje powietrza.
|
Fot : BARTOSZ BĄCAL |
Kombinezon ma chronić przed zimnem. Zwykle bywa trochę ciasny,
więc w niekiedy trzeba posmarować ciało mydłem. Jeśli woda jest
bardzo zimna, zakładamy specjalne buty. Potem przypinamy butlę z
powietrzem do jacketu, czyli kamizelki ratunkowo-wypornościowej i
podpinamy odpowiednie przewody. Teraz pozostaje nam założyć na
biodra kilkunastokilogramowy pas balastowy, przyczepić do łydki
nóż, zarzucić na plecy uzbrojony jacket. Jeszcze tylko płetwy,
maska, rurki i tak obładowanym jak juczny osioł można wreszcie
udać się nad wodę. Nikt przecież nie powiedział, że nauka
nurkowania nie jest ciężka...
Zawodowiec
Artur Czado robi to wszystko z uśmiechem, precyzyjnie i szybko.
Jednym słowem - zawodowiec! Ma 46 lat, nurkuje od 27, a od 22 lat
jest instruktorem płetwonurkowania.
- To moje hobby, z przyjemnością szkolę młodych adeptów - mówi. -
Podczas nurkowania wyzwala się adrenalina, trzeba tez mieć silną
psychikę, opanowanie. Poza tym nurkowie to bardzo weseli ludzie i
lubię przebywać w ich towarzystwie.
Czado przeżył wiele ciekawych chwil pod wodą. Potrafi też
pasjonująco o tym opowiadać:
- Kiedyś, jeszcze na kursie przygotowawczym w Giżycku, pewien
kapitan, zapalony wędkarz, wypoczywający w pobliskim ośrodku
wojskowym zabronił nam nurkować w tej okolicy. Żeby nie straszyć
ryb. Dostałem wtedy od instruktora zadanie specjalne. Wziąłem
wędzonego dorsza i z rybą w ręku podpłynąłem pod wodą do wędkarza.
Zaczepiłem dorsza na haczyk, pociągnąłem za żyłkę. I kapitan
wyciągnął... taką rybę!. Potem śmiał się z niego cały ośrodek.
Innym razem, nurkując w Tanwi, wypłynął wprost na parę
baraszkująca na brzegu. - Który mamy teraz rok? - spytałem i
popłynąłem dalej.
|
Pierwsze kroki
płetwonurka |
|
Najpierw trzeba
nauczyć się nurkować na basenie. Na szkolenie składa się:
pływanie pod wodą w masce i płetwach, schodzenie w dół
scyzorykiem, skoki w ABC, czyli płetwach, z założoną maską,
rurką i płetwami, zakładanie płetw i maski na głębokości 2 m.
Do tego dochodzi teoria. Znaki płetwonurkowe, budowa i
działanie sprzętu, zasady bezpieczeństwa. Kiedy to wszystko
opanujemy, możemy w towarzystwie instruktora zejść pod wodę.
Po zaliczeniu trzech nurkowań do głębokości 5 m otrzymuje się
uprawnienia podstawowe. Z czasem można robić kolejne. |
Pod wodę
Dopinamy i dopasowujemy jacket. Ubieramy rękawiczki. Sprawdzamy,
czy wszystko działa. Teraz płetwy, kaptur na głowę i powoli tyłem
schodzimy do wody.
Obok partner. On dodatkowo uzbrojony jest w komputer nurkowy,
wskazujący głębokość, czas przebywania pod wodą, czas ewentualnej
dekompresji.
Zanurzeni po pas w Zalewie Solińskim przepłukujemy maski.
- Wszystko w porządku, możemy schodzić? - słyszę od swojego
partnera. Przytakuję i zakładam maskę.
Zanurzam się pod wodę i równomiernie oddychając przepływam kilka
metrów. Siadam na dnie. Dookoła mętna toń. Sprawdzam jeszcze raz
sprzęt. Przewody nie są poskręcane, do maski nie nalewa się woda.
Ciśnienie w butli - 220 atmosfer. Wszystko działa.
Z partnerem pokazujemy sobie kółka i ruszamy w głąb jeziora.
Głębokość 5 m, 6 m, 7 m…. Mijamy gałęzie, konary. Podpływa okoń.
Ucieka, gdy chcę pochwycić go dłonią.
Głębokość 10 metrów. Widoczność - półtora metra. Po mojej lewej
stronie płynie drugi płetwonurek. Pokazujemy sobie "okeje” i
idziemy dalej. Płycej, głębiej, zmieniamy kierunki.
Skończyło się powietrze
Z dna wystają zużyte opony samochodowe, butelki i puszki po piwach
(najwyraźniej nad Soliną króluje Warka Strong i Tatra).
Mija 30 minut, może więcej (pod wodą traci się przecież poczucie
czasu). Nagle partner podpływa do mnie, spokojnym ruchem sięga do
kieszeni mojej kamizelki. Zatrzymuję się wiedząc, że chodzi mu o
octopusa - zapasowy przewód ze specjalną końcówką, dzięki któremu
można oddychać. To nieuchronny znak: skończyło się jego powietrze.
Wkłada do ust mojego octobusa i teraz korzystamy z jednej butli.
Kciukiem pokazuje mi "do góry”. Odpowiadam "okejem” i powolutku,
za bańkami powietrza, wychodzimy na powierzchnię i dopływamy do
brzegu.
Szach i mat!
Następne nurkowanie postanowiliśmy sobie urozmaicić. W kiosku
kupujemy szachy. Koniecznie magnetyczne! - mówimy do pani
kioskarki.
Schodzimy pod wodę. Głębokość 5 metrów. Na dnie kładziemy
szachownicę, ustawiamy pionki, figury. Grając oddychamy z jednej
butli. Ten, który ma teraz wykonać ruch, pozostaje na bezdechu.
Jeśli chce zaczerpnąć powietrza, musi szybciej podjąć decyzję. I
zamiana. Teraz przeciwnik jest pod presją czasu. W efekcie tego
doświadczenia Artur Czado zorganizował I Podkarpackie Podwodne
Zawody Szachowe.
Spodobały nam się te podwodne zabawy. Następnym razem siadamy więc
na dnie, już każdy ze swoja butlą. Rysujemy palcami w mule
kwadraty i gramy… w kółko i krzyżyk. Potem zasłużony wypoczynek,
czyli wylegiwanie się na dnie i obserwowanie przepływających ryb.
Bo przed nami jeszcze podwodne warcaby…
Dotknąć z bliska
Czy każdy może spacerować po dnie jeziora?
- Decyduje zdrowie i psychika - tłumaczy Artur Czado. - Niektórzy
wręcz boją się zanurzyć pod wodę. Na basenie wszystko idzie im
całkiem dobrze, ale gdy mają nurkować w jeziorze, ogrania ich
panika. Inni zaś nie wytrzymują większej głębokości. Kiedyś uciekł
mi nurek z 20 metrów. Po prostu spanikował.
A ja mam pierwszy krok za sobą. Teraz świat stoi otworem. Czekają
polskie jeziora, Bałtyk. I to, co najpiękniejsze - krystalicznie
czyste ciepłe morza. Egipt, Cypr, Mauritius, Madagaskar, Hawaje,
nieczynne kopalnie w RPA…
Niektórzy uczą się nurkować tylko po to, by móc podziwiać z bliska
bajeczne rafy koralowe.
- Ludzie chcą te cuda dotknąć - tłumaczy Czado. - Oczywiście,
jeśli kogoś stać na odpowiedni sprzęt.
Co można robić na dnie jeziora? Zagrać w szachy, warcaby albo w
"kółko i krzyżyk”.
Reportaże
Bieszczady
|