Stwórzmy miasto marzeń
Tekst i zdjęcia: Dorota Mękarska
GC Nowiny 11 marca 2005r.
Miasto Marzeń” to połączenie "Klanu”, "Plebani”, "M jak miłość”, z
tą tylko różnicą, że pokażą historie prawdziwe - twierdzą
realizatorzy programu. Przez cały czas trwania projektu,
najciekawszym, najbardziej barwnym bohaterom programu będą
towarzyszyły ekipy filmowe. Będziemy śledzić ich walkę o
urzeczywistnienie swojej wizji "Miasta Marzeń”, obserwować jak
zmieniają się oni i ich miasto.
Kto będzie reprezentował Lesko? Oto galeria naszych bohaterów.
|

Jerzy Demko, właściciel jednego z leskich klubów: - Do programu
chce wnieść trochę optymizmu, bo to przecież „Miasto Marzeń”.
Fot: DOROTA MĘKARSKA
|
Jerzy Demko
- W Bieszczadach żyli kiedyś Łemkowie i Bojkowie. Spotkali się,
rozmnożyli, i tak powstali Demkowie -wywodzi żartobliwie swe
pochodzenie Jerzy Demko, jeden z leskich bohaterów programu "Miasto
Marzeń”. Jest właścicielem leskiego klubu "Kapitol”. Zanim tu
trafił, wiele wędrował. Do Polańczyka, żeby być instruktorem w domu
wypoczynkowym, i do Belgii. A potem do Chicago.
Współwłaścicielką "Kapitolu” jest jego narzeczona. - Chciałem jej w
życiu pomóc i jakoś tak wyszło, że z tej pomocy urodziło się nam
dziecko - śmieje się Jurek.
Narzeczona nie jest zachwycona udziałem w programie. - Boi się, że
zostanie naruszona jej prywatność.
Jego pasją jest jazda konna i latanie na paralotni. - W programie
będę po prostu sobą - stwierdza krótko. - Chcę do niego wnieść
trochę optymizmu, bo to przecież "Miasto Marzeń”.
|
Mariusz Witlański lata na czym się da. - Robię coś ciekawego –
stwierdza bez fałszywej skromności.
Fot: DOROTA MĘKARSKA
|
Mariusz Witlański
Mariusz Witlański, 26-latek, pracuje w Starostwie Powiatowym w
Lesku jako informatyk. Jest ojcem 2-letniej Julii. Dlaczego trafił
do programu "MM”? - Bo robię coś ciekawego - stwierdza bez fałszywej
skromności. To "coś ciekawego” to Bieszczadzka Grupa Sportów
Ekstremalnych, propagująca latanie na czym się da - na szybowcach,
moto i paralotniach. Jazdę amfibiami, samochodami terenowymi i
poduszkowcami też.
- Nie wiążę z tym programem nadziei na gwiazdorstwo. To nie będzie
"Big Brother”. Przez ten program przewinie się z tysiąc ludzi. Ale
"Miasto Marzeń” jest szansą zareklamowania naszej grupy i
wypromowania uprawianego w Bieszczadach szybownictwa i
paralotniarstwa.
Choć za udział w programie jego uczestnicy nie dostaną ani grosza -
Mariuszowi może on przynieść konkretne korzyści. Już zgłosił się do
niego sponsor, który w zamian za reklamę obiecał pomoc. - Należę do
Aeroklubu Bieszczadzkiego. Startuję w zawodach. Ale żeby startować,
trzeba mieć sprzęt. Po kilku latach używania jest on wyeksploatowany
i trzeba kupić nowy. Bez sponsora nie jestem w stanie sobie poradzić
- podkreśla Mariusz.
Co będzie robił w programie? - To co robię - mówi i grzebie
spokojnie w komputerze. Ekipa telewizyjna będzie towarzyszyć mu w
domu, o ile wyrażą zgodę pozostali domownicy, i w terenie.
Ela, 22-letnia żona Mariusza, niezbyt chętnie, ale też wystąpi w
programie. Pracuje w biurze paszportowym w leskim starostwie. - Żona
jest zazdrosna, że bardziej kocham latanie niż ją. Ale to nieprawda.
Na pierwszym miejscu jest rodzina - zdradza Mariusz.
|

Andrzej Zemlak, nauczyciel, trenuje grupę „czirliderek”, jest
instruktorem nauki jazdy. On też ma pomysł jak uatrakcyjnić
program.
Fot: DOROTA MĘKARSKA
|
Andrzej Zemlak
Do udziału w "Mieście Marzeń” Andrzeja Zemlaka namówił burmistrz
Leska Robert Petka, z którym znają się jeszcze z czasów szkolnych. -
Na początku sądziłem, że to program o nauce jazdy na wesoło, bo taki
leciał kiedyś w telewizji - mówi Andrzej. - Dopiero potem
dowiedziałem się, że to ma być program o mieszkańcach miasta.
Ucieszyłem się, bo do tej pory Bieszczady były pokazywane jako
miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc, a dzieci głodują. Miałem jednak
opory, by mojego udziału w programie nie odczytano jako chęci
wypromowania własnej osoby - nie kryje Andrzej.
Do 33 roku życia 42-letni teraz Andrzej uprawiał wyczynowo sport.
Był wielokrotnym mistrzem województwa w biegach średniodystansowych.
W 1989 r. zajął 8 miejsce na Halowych Mistrzostwach Polski w biegu
na 1500 m. Teraz uczy wychowania fizycznego w podstawówce w Lesku.
Trenuje szkolną grupę "czirliderek”. Jest instruktorem nauki jazdy.
Ma pomysł jak uatrakcyjnić program. Wspólnie z leskim Centrum
Edukacji, Promocji i Sportu chce zorganizować Gminne Family Cup.
Wzięłyby w nim udział rodziny z różnych miejscowości w gminie Lesko.
Pomysł spodobał się ekipie telewizyjnej.
|
Wacław Kuzło – znany w świecie pralotniarz, najbardziej
ekstremalny bieszczadnik
Fot: Archiwum
|
Wacław Kuzło
Na pytanie, kto jest najbardziej ekstremalnym bieszczadnikiem w
Bieszczadach, odpowiedź może być tylko jedna: Wacek Kuzło, znany w
świecie paralotniarz.
Wacław Kuzło uprawia paralotniarstwo trzynasty rok. Rekordzista
Podkarpacia w przelocie otwartym na dystansie 52 km. Zajął 7.
miejsce na Mistrzostwach Austrii (2003 r.). W światowym rankingu
pilotów paralotniarzy zajmuje 14. pozycję. W Polsce - 2. Lata w
teamie "Pro Paragliding” - to aktualny mistrz świata.
Paralotniarstwo to nie tylko jego hobby, ale również praca. Przy
Aeroklubie Bieszczadzkim prowadzi szkółkę paralotniarską. Jest
miłośnikiem wszelkich sportów ekstremalnych. Uprawia wspinaczkę,
kajakarstwo, jeździ samochodem terenowym. W programie wystąpi z
kolegami z Bieszczadzkiej Grupy Sportów Ekstremalnych.
LESKO
Miasto nad Sanem, stolica powiatu leskiego, liczy 7
tysięcy mieszkańców. Prawa miejskie otrzymało w 1470 r. Utrzymywało
się z rzemiosła, drobnego handlu i rolnictwa. Gdy rząd austriacki
chciał zbudować do miasta linię kolejową, inwestycję zablokował
właściciel dóbr leskich, hrabia Krasicki (ponoć nie chciał, by rano
budził go gwizd lokomotywy i stukot kół). Ta fatalna decyzja
zahamowała rozwój Leska, które zaczęło odstawać od sąsiednich miast,
np. pobliskiego Sanoka.
Do II wojny światowej ludność była bardzo zróżnicowana etnicznie i
religijnie, zamieszkiwali tu Polacy, Żydzi i Ukraińcy. Miasto,
częściowo zniszczone w czasie wojny, dopiero po 1955 r. zaczęto
odbudowywać. W latach 1972-75 było stolicą powiatu bieszczadzkiego.
Dziś Lesko znane jest z turystyki rowerowej, konnej i sportów
zimowych. W lecie odbywa się tu słynne "Country w Bieszczadach".
PLUSY
Aktywni ludzie
Największym atutem Leska są jego mieszkańcy. - Potrafili wywalczyć
własny powiat. Rząd musiał zmienić decyzję odnośnie utworzenia w
Bieszczadach tylko jednego, z siedzibą w Ustrzykach Dolnych - mówi z
dumą burmistrz Petka.
- Lesko jest dobrym przykładem miasta, które zaczyna sobie dawać
radę w nowej rzeczywistości. Stworzyło klimat dla
przedsiębiorczości. Burmistrz i rajcowie rozumieją, że im lepiej
rozwija się biznes lokalny, tym bardziej zyskuje na tym lokalna
społeczność - dodaje Bogdan Szymanik, właściciel znanego w świecie
leskiego wydawnictwa "Bosz”.
Lesko może pochwalić się firmami, które odniosły sukces nie tylko na
polskim rynku. Należą do nich: właśnie "Bosz”, "Talens”, i
"Połonina”. Świetnie rozwija się rodzinne przedsiębiorstwo Szelców,
które w ostatnim czasie oddało do użytku jedną z
najnowocześniejszych w Polsce piekarni.
Dogodne położenie
Dużym plusem Leska jest jego świetne i piękne położenie. - Chcemy
promować miasto pod hasłem "Brama w Bieszczady” - zapowiada
burmistrz.
Spokój i bezpieczeństwo
- W Lesku jest spokojnie - chwali Ryszard Różycki, emeryt. - Nie ma
tu chuligaństwa.
- W stosunku do innych miast, np. Sanoka, Lesko jest w miarę
bezpieczne - porównuje Andrzej Tocki, zajmujący się na co dzień
naprawą sprzętu elektronicznego.
- Jest sympatycznie, ale drobnomieszczańsko, co mnie drażni -
przyznaje Agata Kurkowska z firmy "Bosz”.
- Fakt. Tutaj wszyscy wszystko o sobie wiedzą - śmieje się Bratek od
pamiątek. - Ale dla mnie właśnie ta rodzinna atmosfera jest
największą zaletą Leska.
MINUSY
Bezrobocie
Dopadło 25 procent ludzi, głównie młodych. Dlatego lepiej
wykształceni uciekają z Leska szukać pracy gdzie indziej. - Brak
perspektyw jest przerażający. Mnie to akurat nie dotyczy, ale jest
fatalnie - ocenia Bartek, młody właściciel sklepu z pamiątkami.
- Fajne imprezy latem to dla młodych za mało - dodaje Darek Rakoczy,
parkingowy. - Młodzież potrzebuje przede wszystkim pracy.
Spadek liczby urodzeń
Tylko 132 dzieci urodziło się w 2000 r. w mieście i w całej gminie.
Trzy lata później - 127. Choć przyrost naturalny wciąż jest dodatni.
Słaba baza turystyczna
- Miasto leży prawie w sercu Bieszczadów, ale my, jako mieszkańcy,
korzyści z tego nie odczuwamy - zauważa Ryszard Różycki, emeryt. -
Turysta nie ma gdzie zostawić pieniędzy - hoteli jest za mało
(zaledwie 500 miejsc noclegowych w mieście), restauracji, nawet
krytej pływalnie nie ma. Gdy leje deszcz, jest nudno.
Brak mieszkań komunalnych
- Budownictwo mieszkaniowe praktycznie zanikło - krytykuje Różycki.
- Przez 14 lat nic się nie budowało. Dlatego ceny w Lesku są
znacznie wyższe niż w Sanoku, gdzie już za 1,2 tys. zł za metr można
kupić mieszkanie, A w Lesku trzeba dać 1,6 tys. zł - dodaje
sprzedawca Bartek.
Ostatni blok komunalny w Lesku oddano w latach 80. Spółdzielnie
mieszkaniowe tu nie inwestują. - Próbowaliśmy wejść w Towarzystwo
Budownictwa Społecznego - mówi burmistrz Petka. - Ale z powodu
dużych kosztów zainteresowanie było znikome.
Brak dróg
- Z Leska jest za daleko do najbliższej stacji kolejowej - utyskuje
Różycki. - Kolej była ważna w XIX wieku - ripostuje burmistrz. -
Ważniejszy jest brak szybkiej możliwości dojazdu w Bieszczady z
dużych miast, z Rzeszowa, Lublina, Krakowa czy Warszawy.
- Jeśli w Bieszczadach rozwinie się lotnictwo i poprawi jakość dróg,
to Lesko będzie miało same zalety - uważa Bogdan Szymanik.
CZAPLINEK
Czaplinek zachował wiele z uroku małego miasteczka. Wąskie uliczki,
stara zabudowa, pruski mur. Szkoda, że z braku pieniędzy na remonty
zniknęło i znika wciąż wiele budowli. A te, które stoją, straszą
odrapanymi elewacjami.
Mocne strony
Miasto usadowione nad dwoma akwenami - Czaplino i wielkim
jeziorem Drawsko. Czyste, pełne ryb wody jeziora Drawsko, wielkie
przestrzenie do żeglowania - czegóż więcej może pragnąć wodniak i
wędkarz?
Świetne połączenia komunikacyjne - przez miasto
prowadzi dawny szlak solny: dziś droga z Wielkopolski nad morze.
Raj dla turystów. Gruntownie zmodernizowane
ośrodki wypoczynkowe (z czasów PRL). Baza noclegowa, jakiej nie ma
żadna z ościennych gmin. Większość położona nad jeziorem Drawskim. -
U nas sezon turystyczny zaczyna się od długiego weekendu na początki
maja i trwa do końca września - chwali Wojciech Kusa, szef kuchni w
ośrodku wypoczynkowym Kusy Dwór.
Rozkwitają gospodarstwa agroturystyczne. Co roku powstają nowe, o
miejsca w sezonie w nich trudno.
Słabe strony
Najatrakcyjniejsze turystycznie miejscowości w gminie Czaplinek
leżą w granicach Drawskiego Parku Krajobrazowego. Budowa czegoś
większego niż budka z hot-dogami jest trudniejsza niż w innych
gminach postawienie wieżowca.
Ochrona przyrody nie zawsze idzie w parze z interesami. Przez
ostatnie lata ekolodzy i władze samorządowe toczyły boje ze spółką
Prima, która w Byszkowie (12 km od Czaplinka) prowadzi fermę trzody
chlewnej na skalę przemysłową. To nie tylko mordercza konkurencja
dla miejscowych rolników. Tysiące świń w fermach to realne
zagrożenie dla drawskiej przyrody. Wielkie fermy śmierdzą na wiele
kilometrów, produkują morze gnojowicy.
Bezrobocie. W 12-tysięcznej gminie pracy szuka około 1300 osób.
Spuścizna po upadłych pegeerach i czaplineckiej Telczy, producencie
elektroniki, największym pracodawcy w gminie, który nie sprostał
realiom ekonomicznym. Na jego gruzach działa Kabel Technik, dostawca
okablowania dla największych europejskich koncernów samochodowych.
Bezrobocie pogrąża w beznadziei i marazmie. Karol Rupiński,
właściciel sklepu spożywczego w Czaplinku, skutki ubożenia
społeczeństwa czuje najlepiej. - Zimą w handlu mam kompletny zastój.
Pan Karol twierdzi, że młodzi nie chcą wiązać przyszłości z
Czaplinkiem. On sam na palcach jednej ręki może policzyć kolegów z
podstawówki, którzy zostali w mieście. Bo mają własne firmy. Reszta
za pracą wyjechała za granicę lub do dużych miast. A w Czaplinku
nawet kina już nie ma.
Uczucie tymczasowości, tak charakterystyczne dla ziem północnych i
zachodnich. Po wojnie społeczność miejscową tworzyła mozaikę różnych
kultur, obyczajów, bo osiedlili się tu repatrianci z Kresów i
przesiedleńcy z całej Polski. Na to, aby wsiąknąć w tę ziemię,
potrzeba kilku pokoleń.
Rajmund Wełnic
Notka o mieście
7 tysięcy mieszkańców. Osadnictwo nad jeziorem Drawskim sięga VI
wieku p.n.e., ale początki miasta wiążą się ze sprowadzeniem przez
księcia wielkopolskiego Przemysława II w 1286 r. Zakonu Świątyni
Jerozolimskiej (templariuszy). Stąd wzięła się niemiecka nazwa
Czaplinka - Tempelburga. Okoliczne ziemie należały do Brandenburgii,
potem Kazimierz Wielki wykupił je. Po szwedzkim potopie w 1657
Polska traci te ziemie oddając je w zastaw Brandenburgii i do czasu
zaborów już ich nie odzyskała.
Polska wraca tu zimą 1945. Czaplinek zdobywały wojska polskie. Po
wojnie miasto staje się ośrodkiem przemysłu
elektroniczno-elektrotechnicznego, rolniczego oraz miejscowością
wypoczynkową.
Galeria bohaterów
Zbigniew Januszaniec - dyrektor Banku Spółdzielczego w
Czaplinku, pasjonat historii miasta i regionu, badacz dawnych
dziejów. To m.in. za jego sprawą powstała Izba Muzealna gromadząca
zabytki ziemi czaplineckiej oraz Regionalne Towarzystwo Historyczne.
Alina Karolewicz - polonistka z Gimazjum w Czaplinku,
interesuje się korzeniami repatrianckich rodzin, które osiedlały się
na tych ziemiach po wojnie. Założycielka zespołu Kotelioty
śpiewającego pieśni pogranicza i Kresów Wschodnich.
Konrad Fujarski - przedstawiciel czaplineckiego rodu
pszczelarzy słynącego nie tylko z produkcji miodów, ale także
woskowych ozdób, świec, pyłku pszczelego. Grupa pszczelarzy
rejestruje właśnie w Unii Europejskiej produkt regionalny (na równi
z oscypkiem, bryndzą) - miody drahimskie.
Krystyna Wenelska - lekarz i sołtys Żelisławia, małej wioski
pod Czaplinkiem. Zakochała się bez pamięci w tych ziemiach. Założyła
Stowarzyszenie Zapiecek, które kultywuje stare zwyczaje pieczenia
chleba, wyrabiania masła, tkania oraz tradycje wiejskie. Walczy o
pieniądze na liczne projekty, które mają pokazać walory tego zakątka
świata.
Justyna i Krzysztof Urlichowie - uciekli do Czaplinka z
Warszawy znajdując tu swój dom i szczęście. Ona - nauczycielka, on -
weterynarz, córka Magda pojechała uczyć języka polskiego na Syberię.
Muzykują w zespole La Familia, grającym muzykę andyjską.
Ryszard Marcewicz (łodzianin) z żoną Janiną (poznanianka),
znaną lekarką, mieszkają w Czaplinku od kilkudziesięciu lat. W
czasach stalinowskich jako twórca szkolnej organizacji
konspiracyjnej wtrącony do więzienia.
Reportaże