Majster Bieda
Autor: Krzysztof Potaczała
Władek Nadopta, samotnik, który
w poszukiwaniu wolności poznał wszystkie ścieżki w Bieszczadach...
To o nim jest ta pieśń.
Autobus zatrzymał się gdzieś między Ustrzykami
Górnymi a Wetliną. Mężczyzna w wiatrówce wysiadł, rozejrzał się,
przerzucił podręczną torbę przez ramię i ruszył przed siebie szukać
przeznaczenia. Bez pieniędzy, przyjaciół, samotny wśród gór. Kilka
dni później na jego drodze stanął człowiek, który okazał się
wyznacznikiem dalszych losów tajemniczego wędrowca. Połączył ich
wspólny posiłek pod gołym niebem - dwie pajdy razowego chleba ze
słoniną.
Był początek lat 60. i
żaden z nich wtedy nawet nie śnił, że obaj staną się legendą za
życia. O Lutku Pińczuku, gospodarzu schroniska na Połoninie
Wetlińskiej napisano już wszystko. O Władku Nadopcie przeciwnie -
zawsze żył na uboczu i chadzał ścieżkami, o których wiedziały tylko
wilki i rysie. Ale to właśnie on stał się symbolem bieszczadzkiej
wolności, i to jego wybrał na bohatera swojej piosenki Wojciech
Bellon, lider i założyciel Wolnej Grupy Bukowina.
"Skąd
przychodził, kto go znał,
kto mu rękę podał,
kiedy nad rowem
siadał,
wyjmował chleb,
serem przekładał
i dzielił się z
psem".
Życie
nie pieściło Władka od kołyski. Wcześnie poznał smak sieroctwa, głód
i nędzę. Żeby przetrwać, musiał opuścić rodzinny Lwów i wyruszyć na
wędrówkę. Miał 13 lat, jedno ubranie i gitarę. - To ona uratowała
mnie od śmierci, bo dzięki niej miałem co jeść - wspomina Nadopta. -
Gdzie ja ludziom nie przygrywałem, i w Przemyślu, i na Podhalu, i
nawet nad morzem. A kiedy stęskniony wróciłem wreszcie do Lwowa,
niedługo po mnie weszli Niemcy.
Na przymusowych robotach w Rzeszy
spędził całą wojnę. Harował na roli, przy kopaniu grobów, przy
sadzeniu drzew. Polskę zobaczył na nowo w 1946 r., trafił do Łodzi,
później na Śląsk - wprost do kopalni. Ale do fedrowania nie był
stworzony. Zostawił więc kilof, wsiadł do pierwszego autobusu i
pojechał w Bieszczady. - Żeby być bliżej ojcowizny - mówi.
Z
kilofa przerzucił się na motorową piłę - poszedł wycinać las. Na
początku lat 60. w ślad za Nadoptą przybyło w Bieszczady setki ludzi
szukających dobrego zarobku. Wytrzymywali tylko ci, co nie dali się
wódce. Władek też się nie dał. Może dlatego, że nienawidził hoteli
robotniczych, gdzie gorzałka lała się strumieniami.
- Żeby mieć
spokój od natrętnych pijaków, wynajmowałem kąt u miejscowych
gospodarzy - opowiada. - Czasem w Cisnej, czasem w Wetlinie, innym
razem w Kalnicy lub Strzebowiskach. Dużo nie potrzebowałem, byle
było na czym głowę położyć i gdzie zgotować strawę.
Kiedy w
lesie nastawał martwy sezon na cięcia, Władek brał plecak, kilka
konserw i przemierzał bieszczadzką puszczę szukając zrzuconych przez
jelenie poroży. A w tym był mistrzem nad mistrzami, znajdował wieńce
tak ogromne, że nie był w stanie ich sam udźwignąć.
Bywało, że
przez tydzień nie wracał do wsi na nocleg. W zimne noce budował
naprędce szałas z gałęzi albo zakopywał się w pełnym siana paśniku.
Gdy było cieplej, kładł się spać wprost na ziemi a bladym świtem mył
się w lodowatym strumieniu. Nie szukał wygód - wolał obcować z
naturą, bo ta dawała mu poczucie wolności. - Ciągle gdzieś go nosiło
- wspominają znajomi. - Jakby się dusza w nim trzepotała i kazała
wciąż szukać nowych wrażeń.
Góry i las karmiły Władka, odkąd tu
przyjechał. Ale sam nie wpadł na to, że ze zbierania jagód i grzybów
można nieźle żyć. Miał szczęście, że spotkał na swojej drodze Lutka
Pińczuka, bo kiedy siedząc na rowie jedli chleb ze słoniną, to
właśnie Lutek namówił go, by zaczął handlować leśnym runem. - Robota
była od świtu do zmierzchu - opowiada Nadopta. - Wtedy zrywało się
jagody gołymi rękami, dopiero po jakimś czasie dorobiłem się
zbieraczki. Potrafiłem zebrać w ciągu dnia kilkadziesiąt kilogramów
borówek i wieczorem wszystko sprzedać.
"Śmiał się do słońca,
śpiewał do gwiazd,
drogę bez końca, co przed nim szła
znał
jak pięć palców, jak szeląg zły".
Rzeczywiście, nie było i nie ma w
Bieszczadach miejsca, gdzie nie stanęłaby stopa Władka Nadopty.
Wiedział o każdym kamieniu, wąwozie, leśnym wykrocie. Na pamięć
potrafił wskazać, gdzie niedźwiedzie mają gawry, gdzie wilczyce
rodzą młode i gdzie jelenie przychodzą na rykowisko bić się o łanie.
Nawet dziś, kiedy już po górach za często nie chodzi, bo wiek
słuszny i sił mało, mógłby egzaminować młodych przewodników ze
znajomości terenu.
- Nieprzypadkowo goprowcy korzystali z jego
wiedzy - opowiadają przyjaciele. - Ilekroć pomagał im szukać
zaginionych turystów, nigdy ich nie zawiódł. Miał "nosa", jak
nikt.
Ratownicy odwdzięczyli się Władkowi - w 1999 roku
uhonorowali go odznaką "Zasłużony dla ratownictwa górskiego". Kiedy
przypinali mu ten order, popłakał się jak dziecko, a razem z nim ci,
którzy to widzieli.
- On z nami był od początku, w chwilach
dobrych i złych, tego się nie zapomina - mówi Leszek Berezka,
zastępca naczelnika GOPR.
W 82-letnim życiu Nadopty to pierwsza
pochwała. Ale zasłużył na nią znacznie wcześniej - kiedy przecierał
innym dzikie szlaki, wypalał węgiel drzewny w mielerzach. I kiedy
podczas roboty w Lesku nie dał się zmusić do rozbiórki
greckokatolickiej cerkwi. - Chyba by mi ręka uschła - zarzeka się. -
Byli jednak tacy, którym powieka nie drgnęła, gdy niszczyli święty
przybytek.
Po tym zdarzeniu jeszcze głębiej schował się w górach
- zamieszkał w szałasie na Przełęczy Wyżnej. Już był uznanym
zbieraczem runa, więc kiedy dowiedział się o nim pułkownik Kazimierz
Doskoczyński, w latach 70. wielki łowczy PRL i szef rządowych
ośrodków wypoczynkowych w Bieszczadach, zawarł z Nadoptą umowę na
dostawy grzybów. Nie dla siebie ich potrzebował, lecz dla swoich
gości - Gierka, Jaroszewicza, Kiszczaka. Targał więc Władek całe
kosze maślaków, rydzów, kozaków, a pułkownik grosza nie żałował. -
Nic do niego nie miałem, dopóki nie zabił mi z dubeltówki psa -
opowiada Nadopta. - Niby za płoszenie zwierzyny. A przecież to był
zwykły kundelek, ledwo odstawał od ziemi. Tak się wkurzyłem, że
przeszedłem na handel z turystami. Płacili mniej, ale na pieniądzach
mi nie zależało.
Pies miał na imię Pikolo i nigdy nie odstępował
swojego pana. Kiedy ktoś obcy zbliżał się do samotni Władka, Pikolo
siedział cicho jak mysz pod miotłą. A potem nagle wyskakiwał zza
węgła i darł przybyszowi spodnie na strzępy. - Ubaw był po pachy -
śmieje się Nadopta.
Na
Przełęczy Wyżnej spotkał Władek człowieka, dzięki któremu został
legendą. Długowłosy chłopak z gitarą był dużo młodszy, ale od razu
przypadli sobie do gustu. Niejedno piwo razem wypili, niejedną noc
przegadali. Chłopak pochodził z Buska Zdroju i nazywał się Wojtek
Bellon.
- Przyjeżdżał w Bieszczady szukać twórczej weny, zawsze
"goły i wesoły" - mówi Władek. - Chciał, by jego ballady pachniały
górami, więc w Chatce Puchatka na Połoninie Wetlińskiej przesiadywał
całymi tygodniami. Nawet się tam na parę miesięcy zatrudnił, a potem
został kandydatem na ratownika GOPR.
To właśnie w schronisku,
przy naftowej lampie, napisał większość swoich piosenek. Wśród nich
tą, którą aż do przedwczesnej śmierci w 1985 roku uważał za ulubioną
i najważniejszą - Majstra Biedę. Nadopta długo nie wiedział, że to o
nim. Dopiero, gdy przypadkiem w radiu usłyszał dedykację, zrozumiał,
że odtąd nie będzie już Władkiem, lecz właśnie Majstrem Biedą.
-
Zawsze był szanowany, ale od tej chwili także nietykalny -
wspominają w Bieszczadach. - Nawet w knajpie w Ustrzykach Górnych,
gdzie w owym czasie mordobicie było rozrywką na porządku dziennym i
gdzie gęsto "ścielił się trup".
Władek nie lubił takich scen. Bo
chociaż był z lasu, twardy jak buk, to brzydził się przemocą i
opilstwem. Pewnie dlatego wolał samotność, ale nie taką, by zupełnie
stronić od ludzi, lecz taką, która dawała poczucie wolności i
pozwalała oprzeć się pokusom.
"Nikt nie pytał, skąd się
wziął,
gdy do ognia się przysiadał.
Wtulał się w krąg ciepła
jak w kożuch,
znużony drogą wędrowiec boży.
Zasypiał długo
gapiąc się w noc".
Tak mijał Władkowi rok za rokiem. Włosy
mu posiwiały, a zmarszczki poorały twarz. Siedział raz nad potokiem,
moczył obolałe nogi i ni stąd, ni zowąd naszła go refleksja, że
przez te ćwierć wieku w Bieszczadach niczego się nie dorobił. Wciąż
nie miał własnego dachu nad głową, żadnych oszczędności i tylko tę
wolność wyśnioną jeszcze w dzieciństwie. - Ona była dla mnie
wszystkim, nie myślałem o dobrach materialnych. Gdybym chciał, dziś
miałbym na własność piętrowy dom, samochód i jeszcze by mi zostało.
Ale pieniądze nie trzymały się mojej kieszeni.
Na starość
postanowił, że chociaż trochę sobie odłoży - na czarną godzinę. Bo
niby ma tę rentę za robotę w lesie i przy wąskotorowej kolei, ale to
raptem 420 złotych. Za mało, by przeżyć, za dużo, by umrzeć.
Więc wrócił Władek do zbieractwa, osiadł w sezonowej chałupce
pod Małą Rawką i jaśniej zobaczył swoją przyszłość. - Oczy
błyszczały mu z radości, gdy widział, jak turyści zajadali jego
borówki - wspomina Ryszard Denisiuk z Cisnej. - Lecz te same oczy
zachodziły smutkiem, kiedy połoniny pokrywał śnieg.
- Tu zima
trwa pół roku, a każdy dzień wydaje się wiecznością - mówi Nadopta.
- Kiedyś bywało inaczej, weselej, ale i czas biegł innym rytmem,
według praw młodości.
Żeby nie oszaleć z bezczynności, umyślił
sobie, że odwiedzi syna na Śląsku. Już pierwszego dnia pobytu
poczuł, że dzieje się z nim coś niedobrego, po trzech był z powrotem
w górach. - Ja chyba nie umiem żyć gdzie indziej, tęsknota mnie
zjada.
Poszedł mieszkać do przyjaciół, ale i tam był niejako z
musu. - Zawsze powtarzał, że nie chce być dla nikogo ciężarem -
wspomina Maria Oskarbska z Wetliny, która wraz z mężem przygarniała
Nadoptę w zimowe miesiące. Przygarniali go wszyscy, bo Władkowi nikt
nie odmówił.
"Aż nastąpił taki rok,
nie przyszedł Bieda
zieloną wiosną,
miejsce gdzie siadał zielskiem
zarosło".
Choroba dopadła go nagle - we śnie. Karetka,
szpital, kroplówka. Lekarz zawyrokował - zapalenie płuc. Dodatkowo
przyplątała się astma. Leżał Władek w białej pościeli i widział już
nad sobą śmierć, lecz chyba wyprosił łaski u Boga, bo po dwóch
miesiącach wstał o własnych siłach. Nie był sam - najbardziej mu
oddani zachęcali, by zamieszkał u nich na stałe. Odmówił. - Ze
starym człowiekiem same kłopoty, po co ktoś ma się mną zamartwiać -
tłumaczy.
Ze szpitala pojechał w góry już tylko po rzeczy.
Zmieściły się w jednej torbie. W domu dla samotnych dostał pokój z
telewizorem, fachową opiekę i jedzenie. I zamknął się w sobie jak
nigdy. W Bieszczadach prorokują, że jeśli wiosną nie wróci pod
połoniny, zgaśnie tak szybko, jak świeca na wietrze.
Reportaże