Ludzie z gór
Żyło się byle jak, ale wesoło

Autor: Krzysztof Potaczała

Mówią, że tamtych Bieszczadów już nie ma. Zostały we wspomnieniach albo umarły razem z ludźmi, którzy tworzyli ich klimat. Niektórzy się dorobili, inni zapili się na śmierć, jeszcze inni pewnego dnia wsiedli do autobusu marki Jelcz zwanego ogórkiem i odjechali szukać lepszego życia.
Stuposiany ti była mozaika. Więźniowie, robotnicy leśni, górale. I "sadzonki" -dziewczyny, które sadziły las. Kilka chałup, PGR, ni i sklep spożywczo -przemysłowy, własność GS. Dwóch rzeczy nigdy na półkach nie brakowało -piwa, tzw. berbeluchy, i rybnych konserw. Śledź w pomidorach stanowił główne menu. I salceson. Zaraz po nich "szły" klopsy w słoikach -zastępnik schabowego na niedzielny obiad. Żyło się byle jak, ale wesoło. - Pieniądz wtedy był, to i na nic nie brakowało -mówi jeden z tych, którzy jeszcze w latach 60. wydzierali z gardła bieszczadzkiej puszczy okazałe drzewa. Człowiek wielu potrzeb nie miał, do miasta nie tęsknił, wódka była tania. A jak raz wpadło się w wir kilkudniowych szaleństw po wypłacie, to już obowiązkowo należało trzymać fason.

Spokój ochlaptusy!
Jeździli do knajpy "Pod Żubrem" w Lutowiskach. Nigdy nie było tak, żeby ktoś komuś nie dał w mordę. -Jak kręcili "Pana Wołodyjowskiego", odbyła się niejedna bitwa poza planem -wspomina Józef Kokoszka. -A luda było wtedy zatrzęsienie. Wojsko polskie, hordy tatarskie i my, lasowcy. Nie zapomnę jak pani Ziuta krzyczała: -Spokój, ochlaptusy, bo zawołam milicję!
"Sadzonki" to były piękne dziewczyny. Miały na czym usiąść i czym oddychać. Mieszkały u Rorota. On, Henryk Rorot miał żonę, syna i konie. I miał słynną na całą okolicę powiedzenie "Henryk Rorot, konie dobre", co miało znaczyć, że gospodarz o nie dba, a one wywdzięczają się ciężką harówą w lesie. "Sadzonki" nosiły na głowach kolorowe chustki, w rękach trzymały motyki i sztychówki, a ich zasadniczą zaletą było to, że do wszystkich chłopów szczerzyły zęby w powabnym uśmiechu. Niejedno męskie serce stopniało, a potem niejedno dziecię przyszło na świat.

Skakał tygrysem przez ogień
Przy głównej drodze stały trzy baraki Zarządu Budownictwa Leśnego. Tu koncentrowało się życie towarzyskie po pracy. Rozrywka zawsze była taka sama -rozpalano ognisko, rozlewano wódkę i śpiewano do białego rana. Brylował pewien inspektor, który uwielbiał skakać tygrysem przez ogień. Przychodzili górale, co w pobliżu wypasali owce. Przychodzili też Marian G., który w życiu nade wszystko ukochał swój stary akordeon. Pracował w nadleśnictwie i miał to do siebie, że lubił chodzić nocami po Stuposianach i przygrywać rzewne melodie. Najbardziej upodobał sobie piosenkę rodem z dalekiej Kuby. Kiedy ją śpiewał, zawsze płakał. Potem jeszcze bardziej się rozpił, żona go zostawiła, a on z tej rozpaczy sprzedał najdroższy instrument i wyjechał w siną dal.
W dolinie na Wołosatką stała bacówka. Latem zielone łąki przybierały kolor biały -tyle było owiec. W bacówce od lat rządziła gaździna Zośka. -To była kobieta z krwi i kości, pogadać lubiła, żętycą poczęstowała, oscypka dała w prezencie, a jak ją kto zdenerwował, to i przyłożyć potrafiła -opowiada były robotnik ZBL, co u Zośki bywał nader często w celach matrymonialnych. Nic z tego nie wyszło. Przyszedł kres na owczarstwo, no i Zosia wróciła na Podhale, a ja zostałem starym kawalerem.
Pod Wilczą Górą (tu zawsze nocami wyły wilki) mieszkali więźniowie. Codziennie rano chodzili do pracy w PGR. Po południu brali kąpiel w potoku Wołosaty. Zasłynęli z tego, że gołymi rękami łapali żmije i zdzierali z nich skórę. Potem następował proces czyszczenia, suszenia, a po pewnym czasie można się było u więźniów zaopatrzyć w ładny pasek do zegarka, a przy większym szczęściu nawet do spodni.

Kacze mydło
Nad potokiem Wołosaty często przesiadywały miejscowe kobiety. Nie żeby się opalać. Prały bieliznę na kamieniach, tłukąc drewnianymi pałkami, ile wlezie. -Czy ktoś uwierzy, że były to lata siedemdziesiąte? -pyta jedna z nich, dziś mieszkanka Sanoka. Albo czy ktoś da wiarę, że jak brakowało proszku, tośmy używały kaczego mydła? Wyjaśnia co to takiego: -Kacze mydło to był łamliwy kamień w kolorze szarym. Występował w górskich potokach. Pienił się jak prawdziwe "bambi" albo "luksja".
Za wczesnego Gierka robotnicy ZBL przeprowadzili się ze Smolnika do Stuposian. Zasiedlili bazę po zlikwidowanym zakładzie karnym. Dzień zaczynali o piątej rano. Godzinę później ciężarówki wiozły ich do Tarnawy, gdzie budowali drogę. Ciężki to był kawałek chleba, ale dobrze płatny. Dlatego kiedyś zostawili swoje gospodarstwa w Bliznem, w Dylągówce i kilku innych wsiach. Niektórzy przyjechali na rok, na pięć lat; inni na całe życie. -To oni i lasowcy tworzyli legendę Bieszczadów -twierdzi pan Władek z Lutowisk. -Nikt tak nie poznał tej krainy i nikt nie oddał jej tyle zdrowia. Smutne, że mało kto dzisiaj o tym pamięta i kojarzy Bieszczady z długowłosymi artystami, co to strugają brodate świątki w drewnie.
W Pszczelinach był park konny. Ilu ludzi się tam przewinęło, ile steranych koni oddano na konserwy, nikt nie policzy. Tym bardziej nikt nie zliczy ile litrów samogonu przelało się przez żołądki parkowej braci. A robota i tak szła-zrywali buki sięgające czubka nieba, targali je w dolinę , a potem czeskie pragi wiozły surowiec w Polskę. I nikt w Warszawie lub innym Szczecinie nie wiedział, że papier do pupy w ich łazienkach jest z bieszczadzkiego drewna.
Pracował w tych czasach w Pszczelinach wozak Żuber. Taką miał ksywę. Wielki był chłop, wytrzymały. Ale za nic w świecie nie chciał rozstać się z butelką. Kiedy już nie mógł zrywać drzew, kierownictwo nakazało mu jeździć do Stuposian po obiady dla kolegów. I jeździł Żuber, targał w bańkach zupę tak gęstą, że po wlaniu do talerza łyżkę można było postawić, a w trakcie trzykilometrowej drogi rozmyślał nad meandrami egzystencji. Nic nie odłożył, nikogo na świecie nie miał. Umarł w samotności. Niektórzy potem wspominali, że tylko konie rżały jak Żubera wkładali do trumny.

Koniec świata
Ludwik Zawarski dobrze pamięta tamte czasy. Bieszczady to była przystań dla każdego. Szara, ale w miarę bezpieczna. Nikt wówczas nie szukał pięknych widoków, nie wzdychał do gór. Często ktoś przeklinał ten "koniec świata", lecz rzadko decydował się na jego porzucenie. -Dopiero na przełomie lat 80. i 90. niektórzy zaczęli wyjeżdżać -mówi. -Wtedy już się czuło, że nadchodzą zmiany, parki konne ledwo dyszały, plajtowały PGR-y, ZBL chylił się ku upadkowi.
Przez długie laty w takich Ustrzykach Górnych czas odmierzam był niczym na Dzikim Zachodzie.Zwłaszcza wtedy, gdy na wypas zjeżdżali górale spod Tatr. W Pulpicie, miejscowej knajpie, działy się dantejskie sceny. Bywało, że w ruch szły kufle, noże, a niekiedy i narzędzia cięższego kalibru. I pewnie dlatego przerażeni turyści nazywali tę część Bieszczadów krainą latających siekier.
Od święta w Ustrzykach Górnych organizowano dancing. istny cyrk. Krętą drogą przez Bereżki, młodzieńcy na motocyklach, obowiązkowo bez kasków, robotnicy i kierowcy ZBL autami marki Ził. Gdzieś nad ranem całe towarzystwo wracało do domu. Z dymiącymi głowami, mętnym wzrokiem, a czasem z pobitymi oczami i zakrwawioną białą koszulą. Leżał taki wozak na furze, smacznie chrapał, a konie szły na pamięć w egipskich ciemnościach. Wielce zasłużony szofer ZBL-u, niejaki Benek, nigdy wypiciu kilku głębszych nie odpuścił sobie prowadzenia swojego stara 28 na pełnym gazie. I zawsze wrzeszczał wniebogłosy, aż góry prosiły o litość. Taki był wiracha.
Lata 70. miały jeszcze jedną atrakcję. Co kilka miesięcy lokalna władza ogłaszała, żeby nikt nie ważył się rozrabiać, bo na wypoczynek przyjeżdża sam Edward Gierek. Jechał więc najeżony pierwszy sekretarz do swojej oazy w Mucznem, a wiejskie dzieci machały mu na powitanie. Wraz z przyjazdem szefa KC zamykano drogę tuż za Stuposianami, żeby czasem nikt z postronnych nie zobaczył, co Wielki Edward robi w wolnym czasie. Klął szef bazy ZBL, że robota w miejscu stoi, bo to Tarnawy dostać się nie można, a te jego przekleństwa odbijały się jak groch od ściany. Aż w końcu nauczył się cierpliwości. Podobnie jak robotnicy, którzy całymi dniami rżnęli w karty i popijali piwo.
Tamtych Bieszczadów już nie ma. Zarosła baza ZBL, rozebrano baraki, po góralach i parkach konnych też nie ma śladu. I lasowcy już nie tacy sami, i życie toczy się inaczej. Biedniej smutniej -mówią ci, którzy zostali. Wszyscy pozamykali się w domach, nie mają roboty, z nudów godzinami patrzą w telewizor. Odchodzi człowiek od człowieka...

Reportaże

Bieszczady