Autor: Krzysztof Potaczała
Mówią o nich: ludzie z końca świata. Bo żyją na końcu świata. Ni to wieś, ni osada. Trzy budynki, wokół las. W dole San, za Sanem Ukraina. Nie ma sklepu, przystanku PKS. Jednego tylko nie brakuje -powietrza. A powietrze tu takie, że raz łykniesz i w głowie wiruje, jakby się człowiek wódką odurzył.
Żeby dojechać do Sianek, trzeba w Stuposianach skręcić w kierunku na Muczne, a potem wąską drogą, wybudowaną za czasów świetności PRL, tłuc się jeszcze przez 30km., aż pod samą granicę polsko-ukraińską. Choć na budynku podleśniczego jest tabliczka z napisem Beniowa, miejscowi mówią, że żyją w Siankach. Tak się przyjęło, i już.
Jeśli nie ma gdzie pójść.
Miejscowi to Tadeusz Kwołek, Jan Żurawik i Julian Grodzki. Czasem do Grodzkiego przyjeżdża syn i wtedy gospodarzą w czwórkę.
Na osiedlenie się w Bieszczadach Kwolka (podleśniczy i mózg całej bazy) namówił go kolega z rodzinnej wsi; ten od dłuższego czasu machał siekierą w lesie. -Był początek lat osiemdziesiątych -wspomina Kwołek. -Zatrudniłem się w Nadleśnictwie Stuposiany i niemal od razu wylądowałem w Siankach. Spodobało mi się. Ciężko pracował. Najpierw jako zwykły robotnik motorową piłą, a po ukończeniu technikum jako podleśniczy Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Usadowił się w małej, drewnianej chatce i stwierdził, że ma tu wszystko, czego potrzebuje do życia. Jest typem samotnika, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Miłośnik książek, sportowiec, botanik -amator, "lekarz", którego natura obdarzyła niecodziennymi właściwościami. Gdyby nie szerokie zainteresowania, mógłby z nudów zwariować. Dlatego po pracy zakopuje się w literaturze. Zgłębia historię regionu, bada rośliny, filmuje, fotografuje. Nie chwali się, choć ma pierwsze sukcesy -odkrył gatunki roślin dotychczas nie spotykanych w tym regionie, zgromadził też pokaźną ilość okazów geologicznych.
To wygląda jakby było z bajki, ale tak nie jest -mówi Witold Polechoński, leśniczy, który każdego dnia pokonuje drogę z Lutowisk do Sianek. -Życie tu ciężkie i naprawdę wytrzymać może tylko silna osobowość albo człowiek, który już nie ma dokąd pójść.
Leśna codzienność wygląda tak: o świcie Kwołek mówi robotnikom, co dziś jest do zrobienia. Słota nie słota, idą w las. Ale robota nie może czekać. -Te drzewa do wycięcia, te do pielęgnacji -tłumaczy. Po chwili ryczą piły. Potem czas na śniadanie. Jak ciepło, chłopy siadają na miedzy i wcinają pajdy chleba z konserwą. Zimą rozpalają ognisko. Ale przerwa nie trwa długo, przy akordzie na przestoje pozwolić sobie nie można.
Wieczorem wybór niewielki. Kiedy podleśniczy Kwołek wczytuje się w naukowe książki, garstka leśnych zasiada do stołu i rżnie w karty. Gdy karty się znudzą, można posłuchać radia albo wziąć do ręki jakiś kryminał lub opowiadanie. Od dwóch lat w bazie jest nawet telewizor i antena satelitarna. Ten talerz to konieczność, bo jedynki i dwójki odbierać tutaj się nie da. Telewizor stoi u Kwolka. -Rzadko oglądam, najwyżej filmy przyrodnicze i coś ze sportu -mówi. -Chłopaki nieraz przychodzą, chcą wiedzieć, co dzieje się w polityce albo jaka będzie pogoda.
W Siankach wszystko jest pełne kontrastów. Jest satelita, ale nawet gdyby ktoś chciał patrzeć w ekran telewizora przez kilka godzin, to i tak nie może, bo we wsi nie ma linii wysokiego. Jest agregat prądotwórczy. Problem w tym, że trzeba go co jakiś czas wyłączać. I wtedy robi się ciemno, aż oko wykol.
Przed snem leśni biorą kąpiel. Kąpiel tak wygląda: każdy podchodzi do kranu zamontowanego na środku bazy, nalewa wodę do wielkiego gara, wraca i stawia na rozgrzany piec. Po kilku minutach można się myć. Człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić, poza tym nie takie rzeczy tu przeżywaliśmy -mówi. -Bywało, że woda w kranie zamarzała, śniegi od świata nas odcinały, brakowało jedzenia, a i tak nikt się nie załamał. kto tyle lat żyje w lesie, odporny jest na wszelkie przeciwności.
Ani do kogo głowę przytulić
Zima dwa lata temu dała leśnym w kość tak samo jak trzy lata temu. Przez trzy miesiące skazani byli na pomoc Straży Granicznej z Lutowisk, która skuterem dowoziła żywność. Śniegi odcięły osadę od świata, domy zasypało po dach. Grodzki, operator ciągnika i pilarz, przyzwyczaił się po srogich zim. Siedzi w Bieszczadach od 1953r. i niejedno już widział. Kiedy niebo oszalało, a śnieg w zawrotnym tempie zasypywał drogi, zdążył opuścić bazę i pojechać do rodziny pod Tarnów. Po kilku tygodniach wrócił, ale jeszcze długo musiał bezczynnie siedzieć.
Dopiero pod koniec marca pan Julian uruchomił spychacz. Przez tydzień usuwał zaspy na 15-kilometrowym odcinku drogi od Tarnawy Niżnej do Sianek. 29 marca po raz pierwszy od trzech miesięcy przejechała tamtędy terenowa niva. Kilka dni później w góry wyruszyły pierwsze auta po drewno i leśniczy Polechoński mógł odetchnąć z ulgą.
Bardziej rozmowny jest Żurawik. Kiedyś trafił z północy kraju do Duszatyna, później do Sianek. Rąbał las siekierą, ciął piłą, zarabiał i nie miał się z kim podzielić. -Taki już widać kawalerski los -śmieje się pan Janek, ale chwilami jest to śmiech przez łzy. Ani do kogo głowę przytulić, ani się komu wygadać. -Dwadzieścia "piosenek" mi w Bieszczadach zleciało, to szukać nowego miejsca na ziemi chyba się nie opłaci. Teraz Żurawik już takiego zdrowia jak przed laty nie ma. Bolą go nogi, bolą ręce -z roboty. No i to odżywianie... Jak człowiek tyle lat je byle co, to w końcu organizm zaczyna szwankować. Od stycznia do końca marca żywił się tym, co wcześniej zgromadził. Chleb skończył się szybko, masło i konserwy też. Została fasola i makaron. Gdyby zima przetrzymała jeszcze z tydzień, pewnie i tego by zabrakło.
Każdy z mieszkańców Sianek ma na swoim koncie przygody z niedźwiedziem i wilkiem. Kwolek niejeden raz widział wilczą watachę, usunął się też parę razy z drogi misiowi. Żurawik też nie gorszy. Pewnego razu wybrał się na grzyby w okolice Bukowca. Przeszedł szmat drogi, to i zgłodniał. Siadł pod drzewem, wyciągnął kanapkę i... mało mu oczy z orbit nie wyszły. Wokół niego stało stado wilków. -Warczały jakbym im co zrobił -opowiada. -Innym razem cztery wilki szły prosto na mnie, więc uciekłem na drzewo.
Trzydzieści kilometrów na PKS
Leśni ludzie rzadko opuszczają bazę. Ale bywa, że trzeba pilnie wyjechać pozałatwiać sprawunki i wtedy pojawia się problem dojazdu do najbliższego przystanku PKS. Są dwa wyjścia -albo maszerować 30 kilometrów, albo czekać na auto z drewnem. To drugie wyjście przeważnie się nie sprawdza, bo ciężarówki do Sianek zaglądają rzadko. Żurawik ma "w tej kwestii" doświadczenie. Wielokrotnie skazany był na własne nogi. Dziesięć kilometrów do Tarnawy to spacerek, ale później trzeba się nieźle namachać -śmieje się wąsaty leśnik.
Zeszłej jesieni musiał dojechać na 9 rano do Sanoka. Wstał przed północą, ubrał się i na pierwszy PKS odchodzący o 6.17 ze Stuposian jakoś zdążył. Jakoś tę "trzydziestkę" pokonał, miał nawet czas wypalić na przystanku papierosa.
Kiedy nadchodzi długi weekend lub święta, każdy pakuje manatki i udaje się w swoją stronę. Żurawik jedzie do Stuposian, bo tam ma znajomych, u których może się zatrzymać . Grodzki w swoim Brzostku opowiada sąsiadom o życiu w Bieszczadach, a Kwołek jedzie do rodzinnego Grodziska pod Strzyżowem i w wolnym czasie przywdziewa piłkarski strój. Kopie piłkę w oldbojach Parafialnego Klubu Sportowego "Sokół". Poza tym jest lekarzem pierwszej drużyny. Biega na boisko z zamrażaczem lub opatrunkiem, a bywa że "uzdrawia" zawodnika z ławki. Jak? Wstaje, wyciąga ręce i koi ból na odległość. -Jakaś siła jest w moich rękach -mówi. Wiadomość o zdolnościach bieszczadzkiego podleśniczego rozeszła się lotem błyskawicy. Różni przyjeżdżali po radę do Sianek i nigdy nie odchodzili od z kwitkiem. Niedawno do leśnej bazy na końcu świata zawitał dawny włada tych ziem, legendarny pułkownik Kazimierz Doskoczyński. -To już dziadzio, chodzi o lasce -mówi Kwolek. Myślę, że mu pomogłem, co nie znaczy, że wyleczyłem.
W Siankach, lub jak kto woli w Beniowej, żyć ni łatwo. Wie o tym dobrze leśniczy Witold Polechoński. Dlatego chwali swoich pracowników: -To twardzi ludzie, zahartowani. Cenię ich nie tylko za pracę, ale i za odwagę. Ludzie z bazy muszą ją mieć. Bo od siarczystych mrozów, śnieżnych zasp, braku ciepłej strawy, ciężkiej pracy i kilometrów zrobionych po leśnych bezdrożach gorsza jest samotność.
Reportaże