"Pamiętnik Bieszczadnika"

Pamiętnik pisze Karolina

Kliknij tu, aby przejść do najnowszej części (12 listopada 2008) Narodziny Niny...

 

A raczej bieszczadniczki należałoby chyba napisać. Tylko czy jestem już bieszczadniczką po niemal siedmiu latach mieszkania na bieszczadzkim odludziu? Może i tak skoro moja koleżanka rodem z Bieszczad powiedziała  mi niedawno - „wiesz zastanawiałyśmy się z dziewczynami ile tu wytrzymasz i nie dawałyśmy ci tyle czasu, myślałyśmy, że po pierwszej zimie wrócisz do Warszawy”. „O nie” pomyślałam w duchu - wy mnie jeszcze nie znacie...
Ale od początku - posłuchajcie jak to się zaczęło.
Byłam na drugim roku warszawskiej weterynarii (powinnam być na trzecim, ale dostałam się za drugim razem). W wakacje wypadały nam praktyki i należało je sobie znaleźć lub pojechać tam gdzie wysyła uczelnia. Myślałam o hodowli psów, dopóki w ręce nie wpadła mi „Przyjaciółka” z artykułem o pewnej stadninie w Bieszczadach.

W tym miejscu muszę dodać, że nigdy nie interesowałam się końmi, nie znałam tych zwierząt i nie lubiłam ich. Ale z artykułu dowiedziałam się że te konie są przyjazne i łagodne  a stadnina u stóp Otrytu słynie z jedynej w kraju tabunowej hodowli hucułów. „Jadę”- pomyślałam, przecież nie można mówić, że się czegoś nie lubi jak się tego nie pozna.  Zdjęcia jeszcze bardziej mnie zachęciły. Oczywiście w życiu bym nie pomyślała, że brodaty facet zakładający ogłowie ogierowi zostanie moim mężem. Nie, na niego wówczas wcale nie zwróciłam uwagi.

 

 

 

 

 

Przyjechałam na praktyki wraz z trzema osobami z mojego roku.
Przez miesiąc pracowaliśmy, bawiliśmy się, poznawaliśmy ciekawych ludzi oraz konie.
Było jeszcze kilkoro innych praktykantów i gości. Mieszkaliśmy w bacówce zwanej „Kuźnią”, bez prądu i łazienki - kąpaliśmy się w strumieniu. Miało to swój urok, ale były problemy z myciem moich długich włosów. Pamiętam jak raz Witek, u którego byliśmy na praktykach, pozwolił mi i kilku dziewczynom wykąpać się pod prysznicem u siebie w domu po ciężkiej pracy przy sianokosach. Jakaż to była dla nas radość i nagroda! Dopiero w takich warunkach można docenić proste, codzienne czynności.
Po raz pierwszy byłam na zabawie dożynkowej, ale również po raz pierwszy wyrzucałam gnój, pracowałam przy sianie i szukałam koni biegając po 100 ha terenie.

Mimo tylu nowych dla mnie rzeczy czułam się tam w jakiś sposób u siebie. Zauroczyła mnie ta wyludniona, porzucona u stóp Otrytu wioska gdzie znajdowała się tylko stadnina koni i dwie chałupy - jedna Witkowa, a jedna dla gości. Niesamowity był tu spokój, cisza aż dźwięczała w uszach i tak pięknie wyglądały konie znalezione we mgle o 6 rano na szczycie góry albo zaglądające nam do okien. To nic, że do najbliższego sąsiada było 2,5 kilometra, wszystko trzeba było nosić na plecach z oddalonego o ok. 4 km. sklepu i to najczęściej po błocie, a najodpowiedniejszym obuwiem były kalosze. To nic, że woda w strumieniu była zimna i żyliśmy bez prądu i zdobyczy cywilizacji.
A Witek? Witek wydał mi się kimś mądrym, rozsądnym, obytym z życiem, przyjacielem.....
Wyjeżdżając ocierałam łzy.

Ponieważ miałam trochę wolnego na studiach podjęłam pracę i musiałam  wykorzystać urlop. Oczywiście postanowiłam czmychnąć w maju w Bieszczady. Odwieźli mnie rodzice, myślałam, że prześpią się tu i rano wrócą do Warszawy. Niestety szlaban na stokówce był zamknięty, więc podjęli decyzję aby wracać od razu. A ja na skróty drogą przez las ruszyłam w kierunku Seredniego. Witka oczywiście nie było. Nie było to takie dziwne zważywszy na fakt, że wówczas w najbliższej wsi było tylko kilka telefonów na korbkę. Usiadłam w Kuźni i zaczęłam pisać jakiś list. Wkrótce Witek pojawił  się i zaproponował żebym przeniosła się do jego domu. Byliśmy zupełnie sami ponieważ przyjechałam tuż po weekendzie majowym.
9 maja były moje imieniny. Zaprosiłam kilka osób (między innymi autora tekstu z „Przyjaciółki” dzięki któremu znalazłam się tu gdzie się znalazłam). Wszystkie rzeczy na imieninowe przyjęcie przytargałam na własnych plecach z oddalonego o 4 kilometry sklepu.
Było miło... A gdy goście już sobie poszli oświadczyłam Witkowi, że tutaj mi się podoba i chyba tutaj zostanę. Nie bardzo chciał wierzyć w to co mówię (może myślał, że za dużo wina wypiliśmy), ale rano potwierdziłam moją wersję. Cóż można było robić w tej sytuacji? Pojechaliśmy po pierścionek zaręczynowy.

W drodze po pierścionek zaręczynowy, po który wybraliśmy się do Sanoka, wstąpiliśmy do rodziny Witka do Polańczyka. Trochę się zdziwili widząc narzeczoną o której nie słyszeli nigdy wcześniej... Pierścionek był śliczny z cyrkoniami, a zaręczyny miały miejsce na zamku Sobień. Bardzo romantycznie.
Podczas kilku dni mojego pobytu załatwiliśmy wszelkie niemal formalności związane ze ślubem. Ustaliliśmy datę z księdzem proboszczem z Polany- naszej parafii. Był to ś.p ks. J. Talik. Trochę nawet odradzał nam tak szybki ślub radząc abym najpierw skończyła studia. W końcu ustaliliśmy datę na 6 września 1997 roku i miejsce ślubu w Polańczyku.
Następnie zamówiliśmy restaurację Crystal w Polańczyku na przyjęcie weselne oraz umówiliśmy się z orkiestrą z Czerteża.
W końcu pojechaliśmy do znajomych - Hani i Staszka (wówczas wspólników Witka) i poprosiliśmy, aby zostali świadkami na ślubie cywilnym (wtedy jeszcze trzeba było brać dwa śluby). Hania śmiała się do rozpuku, przez długi czas myślała że żartujemy, ale zgodziła się oczywiście nam świadkować, jej mąż również.
Z kilkudniowym opóźnieniem dotarłam do domu do Warszawy. O godzinie 24 obudziłam rodziców mówiąc, że chcę koniecznie z nimi porozmawiać, a brata wysłałam po szampana. Pokazałam na zdjęciach narzeczonego, dom oraz konie.
Najlepsza była moja Mama, która niczym nie przejęta zapaliła papierosa i zaczęła usadzać wszystkich w samochodach, które będą jechały na ślub. Żadnego tam - „Dziecko kochane, co ty robisz?”. Gorzej było jak powiedziałam Babci, że wychodzę za mąż i wyprowadzam się w Bieszczady. Babcia płakała i martwiła się.
Większość moich koleżanek wsiadło na mnie - „ Co ty robisz?”, „ Zastanów się, prawie się nie znacie” itp., itd. Ale one nic nie rozumiały... Ja byłam całkowicie pewna swojej decyzji.

Od maja do końca czerwca były tylko listy i telefony-wówczas jeszcze na korbkę i na poczcie, gdzie dzwoniłam o umówionej godzinie. Czasem dzwoniłam do szkoły i pytałam znajomej co słychać w górach i jak się ma Witek.
Kiedy z kolei Witek do mnie zadzwonił nie poznałam go przez telefon, ponieważ rozmawialiśmy ze sobą pierwszy raz i myślałam, że to ktoś robi sobie żarty.
Moi rodzice poznali przyszłego zięcia podczas ostatniego majowego weekendu, na który przywiozłam ich w Bieszczady.
Żeby nie było za łatwo nie mogliśmy dojechać na miejsce bo  w  poprzek drogi był przekopany głęboki rów trudny do przejścia nie mówiąc o przejechaniu. Co gorsza zmierzchało się a do Witka było daleko... Nie wiem dlaczego, ale miałam problemy z trafieniem, więc chodziłam po lesie i wydzierałam się aż Witek mnie usłyszał. Żeby było śmieszniej biegałam po tym lesie w „miejskim” ubraniu i koturnach tak jak wyszłam z pracy.
Moi biedni rodzice czekali na nas pewnie z godzinę nie wiedząc o co chodzi.
Ach co to były za piękne czasy! Witek podjął nas pysznym obiadem - podał schab faszerowany ze śliwką. Teraz niestety to się już nie zdarza....
Na początku czerwca poznałam całą niemal rodzinę mojego przyszłego męża na weselu kuzynki.
Od lipca 1997 roku zamieszkałam w Bieszczadach na stałe na razie jako narzeczona.
Na 18 sierpnia mieliśmy ustalony termin ślubu cywilnego. Pech chciał, że kilka dni wcześniej zgubiłam dowód osobisty. Witek wysłał mnie do gminy ze Staszkiem, którego wybraliśmy na świadka, żebym się dowiedziała czy ślub w ogóle się odbędzie w takim wypadku. Sam nie pojechał bo miał pracę przy sianokosach. Staszek zaświadczył, że ja to ja, a pani udzielająca ślubów stwierdziła, że ślubu udzieli.

 

 

 

 

 

Do ślubu mieliśmy pojechać autobusem, ale czekaliśmy i czekaliśmy a autobus się nie pojawiał i nie pojawiał więc postanowiliśmy pojechać do urzędu nie zarejestrowanym uazem, którym dotarliśmy wraz z naszymi gośćmi i naszą orkiestrą do przystanku. Podjechaliśmy z wielkim hukiem pod urząd stanu cywilnego. Pani urzędniczka przywitała nas oznajmiając, że świadkowie dzwonili, że nie dotrą na czas, bo uciekły im konie. A świadkami byli Hania i Staszek, wówczas nasi wspólnicy. Czekając na świadków graliśmy i śpiewaliśmy coś wraz z naszą dwuosobową orkiestrą, której głównym instrumentem był saksofon.

W końcu dojechali świadkowie i można było zacząć ceremonię. Gdy doszło do składania przysięgi okazało się, że nie mamy obrączek. Pani powiedziała, że bez obrączek się nie da. Pech chciał, że nikt z gości nie miał przy sobie obrączki. I tak za moją posłużył mój pierścionek zaręczynowy a Witkowi koleżanka pożyczyła pierścionek z India Shopu.


 

 

 

 

 

 

 Trochę śmialiśmy się bo sytuacja była dość zabawna. Pani patrzyła na nas dziwnie, szczególnie kiedy wyłączyliśmy puszczony przez nią marsz Mendelsona i zaczęła grać nasza orkiestra oraz kiedy zrezygnowaliśmy z szampana. Wyszliśmy z urzędu stanu cywilnego śpiewając i śmiejąc się.

Wyglądaliśmy dość oryginalnie - ja w długiej sukience i wianku na głowie a Witek w białej koszuli, dżinsach i z podartym plecakiem. No cóż chyba nie czuł powagi chwili.... Na taki kolorowy korowód ktoś zareagował: "A Wy co zbieracie na powodzian?" Długo jeszcze w powiecie mówiono o tym ślubie. Postanowiliśmy uczcić zaślubiny w pobliskiej restauracji
 dość marnej wówczas jakości. Wchodzimy, pytamy o szampana a pani mówi, że nie ma ale zaraz będzie. I zakupiła go w sklepie więc mogliśmy świętować. Do toastu dołączyły się miejscowe żuliki i było całkiem fajnie. Wróciliśmy do domu już jako mąż i żona. Wydawało mi się, że należy weselników jakoś ugościć, usiedliśmy zatem do stołu. Niestety dla mojego świeżo poślubionego męża ważniejsze było skoszenie siana, żal mu było tak ładnej pogody, więc dołączył do nas dopiero po zachodzie słońca...

dalej>>

 

Napisz, co sądzisz o "Pamiętniku Bieszczadnika". Czekamy na Twoja opinię:

Stadniana Koni Huculskich Serednie Małe

Bieszczady